Samorządowa kampania wyborcza koncentrowała się na sporach między Prawem i Sprawiedliwością a Platformą Obywatelską. Na te kilka tygodni ucichły wszelkie spory wewnątrz koalicji, choć gwoli sprawiedliwości trzeba powiedzieć, że zaczęły odżywać jeszcze przed drugą turą. Tym razem jednak głównym zmartwieniem premiera Jarosława Kaczyńskiego nie jest Andrzej Lepper, ale Roman Giertych.
To jeszcze nie koalicyjna wojna, ale już partyzanckie potyczki. Dość wspomnieć, że krakowska LPR nie poparła PiS-owskiego kandydata na prezydenta w tym mieście, wczoraj „Rzeczpospolita” poinformowała, że na Podkarpaciu radni LPR przystąpili do koalicji PO-PSL-SLD, zostawiając na lodzie swoich partnerów z PiS. Premier poczuł się w obowiązku pogrozić Giertychowi palcem i rzucił mimochodem, że znakomitym kandydatem na ministra edukacji byłby Kazimierz Marcinkiewicz. To na razie tylko słowa, ale ta koalicja przyzwyczaiła nas, że łatwo przechodzi od słów do czynów.
Trudno się dziwić nerwowym ruchom LPR, jeśli wziąć pod uwagę wyborczy wynik tej partii. Ta partia walczy o życie, a w takiej walce nie przebiera się w środkach. Ale i dla PiS wybory były poważnym ostrzeżeniem, że partia musi umocnić swoją pozycję. Ponieważ liderzy wszystkich koalicyjnych partii do ugodowych raczej nie należą, prawdopodobne staje się kolejne przesilenie polityczne. Ale nie ma co rozdzierać szat. Przez ostatni rok to przesilenia stały się normą, a ich brak już zaczynał budzić niepokój.