Atmosfera wokół problematycznej inwestycji w budowę linii elektroenergetycznej Kozienice-Ołtarzew już od miesięcy jest nerwowa, a teraz staje się gorączkowa. Do napięć społecznych doszły napięcia pomiędzy inwestorem, czyli PSE, a wykonawcą, czyli giełdową spółką ZUE. PSE niepokoi się opóźnieniami w pracach, a ZUE przekonuje, że to nie jego wina. Kto weźmie odpowiedzialność za kontrakt na 469 mln zł?

Kto zmienia trasę?
Linia elektroenergetyczna 2x400kV Kozienice-Ołtarzew to kluczowa inwestycja dla PSE, który odpowiada za krajowy system przesyłu prądu. Linia ma w przyszłości wyprowadzać moc z budowanego właśnie bloku energetycznego w Kozienicach, należącego do Enei. Jest potrzebna, choć idealna zbieżność terminów z oddaniem bloku konieczna nie jest (moc można wyprowadzić istniejącymi liniami, które w długim terminie nie dają jednak gwarancji niezawodności). Od 2012 r. PSE zrobiło trzy podejścia do wyboru wykonawcy, w końcu w marcu 2014 r. podpisał umowę z ZUE, które zgłosiło się w konsorcjum z chorwacką firmą Dalekovod.
Konsorcjum dostało zadanie zbudowania linii „pod klucz”, co — według naszych rozmówców z PSE — oznacza, że wzięło na siebie m.in. ciężar negocjacji ze społecznościami lokalnymi. Dziś już wiadomo, że rozmowy szły słabo — w marcu zeszłego roku wybuchły lokalne protesty, trwające — z różną intensywnością — do dziś. W efekcie, jak przekonują nasze źródła, opóźnienie inwestycji sięga już 1,5 roku. Wskazują też, że ZUE, jako wykonawca, ostrzegło już o tym PSE. — Dostrzegam bardzo duże opóźnienie budowy linii elektroenergetycznej z Kozienic do Ołtarzewa — powiedział w zeszłym tygodniu, cytowany przez PAP, Eryk Kłossowski, prezes PSE.
Według jego wyliczeń, zaangażowanie finansowe ZUE w inwestycję sięga dziś ledwie pół procentu, podczas gdy powinno być 5 proc. W przesłanym „PB” oświadczeniu ZUE nie zaprzecza, że poślizg jest. „To oczywiste, że kolejne zmiany przez inwestora decyzji dotyczących przebiegu trasy nie pozostają bez wpływu na czas realizacji kontraktu” — piszą przedstawiciele ZUE.
Ten cytat ilustruje istotę napięć. ZUE sugeruje, że opóźnienie wynika ze zmian trasy przez PSE, który — pod naporem protestówspołecznych — zmieniał przebieg linii. W PSE przekonują zaś, że zainterweniowali dopiero po 1,5 roku, widząc, że inwestycja nie posuwa się do przodu. — Przez półtora roku od rozpoczęcia inwestycji wykonawca wiele nie zrobił — zauważa Eryk Kłossowski.
Portfel wisi na kontrakcie
Szef PSE przekonuje wprawdzie, że „ma instrumenty kontraktowe, które pozwalają zaradzić opóźnieniu", ale im większy poślizg, tym większy problem. Nowa linia potrzebna jest, by dostarczyć prąd do północno-wschodniej części kraju, gdzie elektrowni jest mało. Poślizg może też oznaczać problemy dla ZUE. Nie znamy szczegółów umowy, ale w raportach ZUE można wyczytać, że kontrakt na Kozienice-Ołtarzew to największa pozycja w portfelu zamówień firmy.
Na koniec czerwca wartość portfela sięgała ok. 641 mln zł netto, co oznacza, że Kozienice-Ołtarzew odpowiadają za ponad 70 proc. jego wartości. „Nie widzę żadnych podstaw do zakończenia umowy z winy, czy też przyczyn leżących po stronie wykonawcy, czy też nałożenia na niego kar umownych. Inwestor nie informował nas o rozważaniu takiej ewentualności i nie prowadzi z nami rozmów na ten temat” — uspokaja tymczasem w e-mailu ZUE.
