Pszczela praca jest warta majątek. Wartość globalnego rynku miodu – już bez uwzględniania pszczelego wkładu w gospodarkę za sprawą zapylania roślin – ma w tym roku sięgnąć 9 mld USD. Za ponad jedną trzecią tej kwoty odpowiadają wydatki mieszkańców Europy, którzy coraz częściej zastępują miodem cukier.
Spora część miodu jest sprzedawana poza oficjalnym kanałami dystrybucji. Wokół pszczelej pracy kwitnie też jednak biznes dystrybucyjny, który na warszawskiej giełdzie – a konkretnie na rynku NewConnect – reprezentuje spółka M Food.
- Rynek miodu rośnie stabilnie o ok. 5 proc. rocznie. Sprzyjają temu trendy konsumenckie: ludzie w bogatszych krajach konsumują coraz więcej miodu, zastępując nim częściowo cukier. W Polsce roczna konsumpcja to 1,3 kg na głowę, podczas gdy w Niemczech to ponad 2,3 kg, mamy więc jako kraj spory potencjał wzrostowy. W ramach nowej strategii zamierzamy m.in. rozwijać sprzedaż detaliczną w rynkowych niszach za pośrednictwem nowoczesnych kanałów dystrybucji – tak, by nie rywalizować z naszymi głównymi odbiorcami. Szczegóły przedstawimy jesienią - mówi Jerzy Gądek, prezes i główny akcjonariusz M Food.
Globalne pszczelarstwo
Miód konsumuje się w bogatszych krajach, a produkuje przede wszystkim w biedniejszych – tam też łatwiej niż w bardziej uprzemysłowionych rejonach wyprodukować droższy miód bio, którego certyfikacja wymaga, by w promieniu 3 km od pasieki źródłami nektaru i pyłku były rośliny uprawiane metodami ekologicznymi i roślinność naturalna. W Polsce w ostatnich latach import uzyskał przewagę nad eksportem.
- Miód produkują pszczoły, a pszczelarze im go podbierają. Od nich miód kupują minihurtownicy, którzy segregują go pod względem kategorii: na lipowy, gryczany, wielokwiatowy itp. Wtedy do gry wchodzimy my, kupując duże partie towaru i sprzedając je następnie firmom spożywczym, pakującym miód w słoiki, oraz w mniejszym stopniu firmom farmaceutycznym i kosmetycznym. W praktyce jesteśmy więc obecnie przede wszystkim tzw. traderami, choć to nie jest ładne słowo. Poza Polską zaopatrujemy się m.in. w Bułgarii, gdzie mamy własny zakład, oraz w Rumunii, krajach azjatyckich, w tym w Wietnamie, a także w Ameryce Południowej. Miód bio odpowiada za ok. 10 proc. naszych obrotów i ten udział będzie rosnąć - tłumaczy prezes M Food.

Ukraiński deficyt
Do niedawna największym źródłem miodu dla M Food była Ukraina, która w ciągu ostatniej dekady stała się bardzo silnym producentem. Przedstawiciele spółki podają, że gdy ponad dekadę temu zaczęli sprowadzać stamtąd pierwsze partie towaru, Ukraina eksportowała rocznie kilka tysięcy ton. Teraz było to ok. 70 tys. ton. Rosyjska inwazja sprawiła jednak, że trzeba było szybko znaleźć innych dostawców.
– Dostawy spółka kontraktowała ze sporym wyprzedzeniem, i choć część została przez Ukrainę zrealizowana, to nie da się przewidzieć, czy całość do nas trafi – i kiedy. Dokonaliśmy więc konserwatywnych odpisów wartości tych zamówień – mówi Marcin Jaszczuk, członek zarządu M Food, który niegdyś był wiceprezesem Aliora, a teraz zaangażował się w sektor spożywczy i jest też w zespole piekarskiego Enata Bread.
Wietnamski ratunek
Odpisy wynoszą 10,6 mln zł i obciążają wynik 2021 r. Przedstawiciele M Food zapewniają jednak, że ukraińską wyrwę w dostawach miodu można łatwo wypełnić.
- Zabezpieczyliśmy dostawy przede wszystkim z Wietnamu, który stał się bardzo atrakcyjnym producentem ze względu na niedawne zniesienie barier celnych. Mimo rosnących kosztów transportu sprowadzanie miodu z Azji nie powinno się znacząco przełożyć na jego ceny. Na rynku ukraińskim w ostatnich latach zrobiło się tłoczno, co powodowało erozję marż. W Wietnamie można kupić duże partie produktu w znacznie lepszych cenach, dlatego jeszcze przed wojną zmniejszaliśmy zaangażowanie w Ukrainie – mówi Jerzy Gądek.
Tymczasem w Polsce jest ok. 1,8 mln rodzin pszczelich, a pasieki (w tym małe, liczące tylko kilka-kilkanaście rodzin, produkujących miód na własne potrzeby) - według rejestrów powiatowych inspektoratów weterynarii - ma ok. 80 tys. podmiotów.
- W praktyce w Polsce większy problem niż z pszczołami jest z pszczelarzami. Tylko ok. 10 proc. osób w branży to ludzie poniżej 35 roku życia, a znakomita większość ma ponad 55 lat. Nie ma zastępowalności pokoleń, co sprawia, że podaż nie jest w stanie zaspokoić popytu na krajowym rynku. Dlatego import miodu, w którym aktywnie uczestniczę od kilkudziesięciu lat, będzie w przyszłości coraz bardziej istotny – mówi Jerzy Gądek.
Strategia w przygotowaniu
W pierwszym kwartale tego roku M Food miało 54,3 mln zł przychodów (o prawie 14 proc. więcej niż rok wcześniej), notując przy tym 2,8 mln zł zysku netto (wzrost o jedną trzecią.) Kapitalizacja całej spółki na NewConnect to jednak zaledwie 17 mln zł. Ponad 57 proc. akcji należy do prezesa.
W lutym M Food objęło 20 proc. udziałów w spółce Płynne Złoto, która ma sprzedawać miód „z wykorzystaniem cyfrowych kanałów sprzedaży”. Z kolei jeszcze jesienią do akcjonariatu dołączył JR Holding i inne podmioty związane ze znanym na NewConnect inwestorem Januarym Ciszewskim. Konsekwencją było podpisanie przez M Food listu intencyjnego z powiązaną z inwestorem spółką Babaco, z którą ma pracować nad „rozwojem dotychczasowej działalności pszczelarskiej oraz (...) z zakresu nowych technologii i nowych mediów".
- Liczymy, że dzięki nowej strategii wycena M Food się urealni, a w dłuższej perspektywie będzie można myśleć o transferze na główny rynek. Jesteśmy i pozostaniemy spółką skoncentrowaną na miodzie, w tej wąskiej specjalizacji jesteśmy w praktyce jednym z czołowych graczy europejskich - mówi prezes M Food.
