Komisja Europejska nie wierzy, że szybko przyjmiemy wspólną walutę. Sukcesem będzie 2014 r.
Chociaż polska gospodarka radzi sobie lepiej ze światową zawieruchą niż wiele krajów, nie można tego powiedzieć o naszych finansach publicznych. Właśnie z powodu coraz większych napięć w kasie państwa, Komisja Europejska (KE) przyznała wczoraj, że nie wierzy w rządowy plan przyjęcia euro w 2012 r.
Dajcie spokój
Według prognoz KE, w 2009 r. deficyt finansów polskiego państwa wzrośnie do 6,6 proc. PKB (z 3,9 proc. w 2008 r.), a w przyszłym do 7,3 proc. Jeśli chcemy myśleć o euro, rząd musi ściąć deficyt do 3 proc. Komisja sądzi, że nie uda się to wcześniej niż w 2012 r.
— Jeśli deficyt będzie poprawiony do roku 2012, to pierwsza pozytywna ocena wypełnienia kryterium deficytowego może nastąpić w kwietniu-maju 2013 r. — powiedział Joaquin Almunia, komisarz UE ds. gospodarczych i monetarnych.
To oznacza, że Polska dostanie zielone światło do euro najwcześniej w 2014 r.
— Komisarz powiedział głośno to, o czym wiedzą wszyscy, również rząd. Przekroczenie progu 3 proc. PKB w 2012 r. będzie bardzo trudne. Może się udać tylko wtedy, jeśli rząd dokończy reformę emerytalną i podwyższy podatki. Dlatego bardziej prawdopodobne jest, że stanie się to w 2013 r., więc euro przyjmiemy w 2015 r. — twierdzi Jakub Borowski, główny ekonomista Invest Banku.
Gorzkie lekarstwo
Niedługo Polska będzie miała problem także z inną miarą stanu finansów państwa — długiem publicznym. Wynosi już ponad 600 mld zł, czyli 47,3 proc. PKB, a według KE w przyszłym roku sięgnie 59 proc. PKB. Taki scenariusz oznaczałby demolkę finansów publicznych i uruchomienie automatycznej kuracji — powyżej 55 proc. prawo każe rządowi ograniczać dług za wszelką cenę. A to bardzo bolesny zabieg, wymaga ostrych cięć wydatków i podwyżek podatków.
— Aż tak źle, jak prognozuje KE, nie będzie. Minister finansów tak znowelizuje obecny budżet i zaprojektuje przyszłoroczny, żeby nie dojść do progu 55 proc. — twierdzi Remigiusz Grudzień, ekonomista PKO BP.
Ale i tak podatnika to zaboli.
— Jeśli mamy uciec przed progiem, rząd będzie musiał podnosić podatki. Wzrosną głównie podatni pośrednie (nie sądzę, by rząd odważył się podnieć dochodowe), a to będzie oznaczało niższą siłę nabywczą konsumenta i niższy wzrost gospodarczy — mówi Jakub Borowski.
Zupełnie inne podejście mają Niemcy. Deficyt i dług rosną i nikt nie zamierza z tym walczyć. Według przyjętego wczoraj budżetu na 2010 r., deficyt wyniesie tam 86,1 mld EUR (391 mld zł), a do 2013 r. dług wzrośnie do 1,6 bln EUR (4,55 bln zł).
— Możliwe jest tylko zaciąganie dalszych kredytów. Cięcia wydatków czy podwyżki podatków tylko zaostrzyłyby kryzys — uważa Peer Steibrueck, minister finansów Niemiec.
50%
Przekroczenie tego poziomu oznacza, że rząd musi w następnym roku zamrozić relację deficytu budżetowego do dochodów.
55%
Przekroczenie tego poziomu oznacza, że rząd musi w następnym roku osiągnąć niższą relację długu do PKB niż w roku, w którym stwierdzono przekroczenie 55 proc.
60%
Przekroczenie tego poziomu oznacza, że rząd musi stworzyć na następny rok zrównoważony budżet — bez deficytu, a więc bez pożyczania nawet jednego złotego.