Pustki w kasie państwa odsuwają nas od euro

JKW
opublikowano: 25-06-2009, 00:00

Komisja Europejska nie wierzy, że szybko przyjmiemy wspólną walutę. Sukcesem będzie 2014 r.

Komisja Europejska nie wierzy, że szybko przyjmiemy wspólną walutę. Sukcesem będzie 2014 r.

Chociaż polska gospodarka radzi sobie lepiej ze światową zawieruchą niż wiele krajów, nie można tego powiedzieć o naszych finansach publicznych. Właśnie z powodu coraz większych napięć w kasie państwa, Komisja Europejska (KE) przyznała wczoraj, że nie wierzy w rządowy plan przyjęcia euro w 2012 r.

Dajcie spokój

Według prognoz KE, w 2009 r. deficyt finansów polskiego państwa wzrośnie do 6,6 proc. PKB (z 3,9 proc. w 2008 r.), a w przyszłym do 7,3 proc. Jeśli chcemy myśleć o euro, rząd musi ściąć deficyt do 3 proc. Komisja sądzi, że nie uda się to wcześniej niż w 2012 r.

— Jeśli deficyt będzie poprawiony do roku 2012, to pierwsza pozytywna ocena wypełnienia kryterium deficytowego może nastąpić w kwietniu-maju 2013 r. — powiedział Joaquin Almunia, komisarz UE ds. gospodarczych i monetarnych.

To oznacza, że Polska dostanie zielone światło do euro najwcześniej w 2014 r.

— Komisarz powiedział głośno to, o czym wiedzą wszyscy, również rząd. Przekroczenie progu 3 proc. PKB w 2012 r. będzie bardzo trudne. Może się udać tylko wtedy, jeśli rząd dokończy reformę emerytalną i podwyższy podatki. Dlatego bardziej prawdopodobne jest, że stanie się to w 2013 r., więc euro przyjmiemy w 2015 r. — twierdzi Jakub Borowski, główny ekonomista Invest Banku.

Gorzkie lekarstwo

Niedługo Polska będzie miała problem także z inną miarą stanu finansów państwa — długiem publicznym. Wynosi już ponad 600 mld zł, czyli 47,3 proc. PKB, a według KE w przyszłym roku sięgnie 59 proc. PKB. Taki scenariusz oznaczałby demolkę finansów publicznych i uruchomienie automatycznej kuracji — powyżej 55 proc. prawo każe rządowi ograniczać dług za wszelką cenę. A to bardzo bolesny zabieg, wymaga ostrych cięć wydatków i podwyżek podatków.

— Aż tak źle, jak prognozuje KE, nie będzie. Minister finansów tak znowelizuje obecny budżet i zaprojektuje przyszłoroczny, żeby nie dojść do progu 55 proc. — twierdzi Remigiusz Grudzień, ekonomista PKO BP.

Ale i tak podatnika to zaboli.

— Jeśli mamy uciec przed progiem, rząd będzie musiał podnosić podatki. Wzrosną głównie podatni pośrednie (nie sądzę, by rząd odważył się podnieć dochodowe), a to będzie oznaczało niższą siłę nabywczą konsumenta i niższy wzrost gospodarczy — mówi Jakub Borowski.

Zupełnie inne podejście mają Niemcy. Deficyt i dług rosną i nikt nie zamierza z tym walczyć. Według przyjętego wczoraj budżetu na 2010 r., deficyt wyniesie tam 86,1 mld EUR (391 mld zł), a do 2013 r. dług wzrośnie do 1,6 bln EUR (4,55 bln zł).

— Możliwe jest tylko zaciąganie dalszych kredytów. Cięcia wydatków czy podwyżki podatków tylko zaostrzyłyby kryzys — uważa Peer Steibrueck, minister finansów Niemiec.

50%

Przekroczenie tego poziomu oznacza, że rząd musi w następnym roku zamrozić relację deficytu budżetowego do dochodów.

55%

Przekroczenie tego poziomu oznacza, że rząd musi w następnym roku osiągnąć niższą relację długu do PKB niż w roku, w którym stwierdzono przekroczenie 55 proc.

60%

Przekroczenie tego poziomu oznacza, że rząd musi stworzyć na następny rok zrównoważony budżet — bez deficytu, a więc bez pożyczania nawet jednego złotego.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JKW

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu