Wczorajszy VII szczyt Rady Państw Morza Bałtyckiego, którego gospodarzem była Ryga, przemilczał najbardziej kontrowersyjny temat Gazociągu Północnoeuropejskiego, wytyczonego z Rosji do Niemiec po dnie Bałtyku. Po pierwsze — dla wielu uczestników dyskusja na tak trudny temat okazałaby się bardzo niewygodna. Po drugie — i tak brakowało dwojga najważniejszych potencjalnych dyskutantów, czyli premiera Władimira Putina i kanclerz Angeli Merkel, którzy dyskretnie uzgodnili swoją demonstracyjną nieobecność. Niemcy reprezentował wicekanclerz Frank-Walter Steinmeier, Rosję zaś pierwszy wicepremier Igor Szuwałow — ale to zupełnie nie to samo. Pierwszy garnitur szefów rządów stawił się za to z Polski, Danii, Estonii, Finlandii, Łotwy, Litwy i Szwecji oraz z Norwegii i Islandii — to państwa tylko umownie bałtyckie, ale należące do rady.
Gazociągowe żale wylane zostały dopiero na konferencjach prasowych niektórych delegacji. Premier Donald Tusk potwierdził, że negatywne stanowisko Polski wobec podwodnej rury pozostaje niezmienne. Uważamy, że tańszym i bardziej efektywnym sposobem przesyłu gazu z Rosji do Unii Europejskiej byłby tranzyt drogą lądową — ale przecież to nie my podjęliśmy decyzję o budowaniu horrendalnie drogiej nitki po dnie morza. W tej chwili kwestią strategiczną staje się konieczność stosowania przez UE wobec gazociągu obiektywnych standardów ochrony środowiska, a nie patrzenie przez palce. To kwestia wręcz decydująca, ponieważ staje się coraz bardziej prawdopodobne, że koncerny niemieckie i rosyjskie finansowo nie udźwigną inwestycji i wkrótce zapukają do kasy unijnej — oczywiście w celu zapewnienia zachodniej Europie bezpieczeństwa energetycznego.
W lipcu Parlament Europejski będzie głosował nad rezolucją, aby na zbudowanie tak spornej i zagrażającej środowisku rury wyraziły zgodę wszystkie państwa nadbałtyckie. Nawet jeśli idealistyczna uchwała zostanie przyjęta, nie będzie miała żadnego znaczenia prawnego, a jedynie polityczno-moralne. Na pewno nie przejmie się nią niemiecko-rosyjskie konsorcjum oraz rządy obu państw, które stosunkiem do szczytu w Rydze potwierdziły, co sądzą o wtrącaniu się do ich planów.
Szczyt potwierdził między wierszami zupełnie inny stosunek do gazociągu państw z północnego brzegu Bałtyku, czyli Finlandii i Szwecji, oraz tych z południowego — Estonii, Łotwy, Litwy i Polski. Skandynawowie siedzą okrakiem na barykadzie, z jednej strony bojąc się następstw ekologicznych, ale z drugiej obawiając się postawienia sprawy na ostrzu noża. Południowy brzeg zablokowałby gazociąg, ale niestety przebiegnie on poza naszymi wodami terytorialnymi i jurysdykcją. Ostatnia nadzieja w tym, że padnie finansowo — ale jeśli zostaną uruchomione pieniądze unijne, to i ona zgaśnie.
Jacek Zalewski