Puzzle układam łyżeczką

Karol JedlińskiKarol Jedliński
opublikowano: 2014-01-31 00:00

Adam Góral, prezes Asseco, zbudował kolosa i wbrew oczekiwaniom części rynku woli iść wolniejszym, ale pewniejszym krokiem. Bo glinianych nóg można się dorobić w trymiga.

Biało-czerwone gadżety: peruka, szalik, a nawet efektowny pióropusz. Do tego podświetlany hipsterski globus. I wszystko na nic, żaden z tych rekwizytów nie przydał się w fotograficznej sesji z udziałem Adama Górala. Bo tak: globus już był, a reszta to niemal kategoria „no comments”. No, może krótki komentarz.

— W moim wieku już nie przystoi takich rzeczy robić. To już byłoby pozerstwo — mówi prezes Asseco, niecierpliwie wiercąc się na krześle. Już od trzech długich minut pozuje do zdjęć. Gdy się okazuje, że jeszcze przez kilka chwil musi porobić za modela, na twarzy widać zniecierpliwienie.

Klub 55

Ludzie z jego otoczenia nie są tym zdziwieni. Mówią: taki już jest. Nie szuka taniego poklasku, nie pokazuje się dla pokazywania, nie chce zabawiać, cieszyć oka. Nie ten typ. On, były belfer, woli profesorskie podejście do świata, wszystko sobie dokładnie (i szybko) potrafi przemyśleć. Także swój asertywny pomysł na media.

— Nie no, dajmy spokój, nie zanudzajmy czytelników takimi drobnostkami — mówi z ciepłym uśmiechem, widząc kartkę z kilkoma uzupełniającymi pytaniami od „PB Weekendu”.

Inspirujące lektury, uprawiane sporty, osobiste kolekcje? Ot, drobnostki. Adam Góral woli poważne tematy. Jeśli dyskusja, to wagi ciężkiej. Do osobistych wspomnień wraca tylko, gdy mogą być parabolą czegoś większego, istotnego, zakotwiczonego w idei, a nie tylko w faktografii. Historię swojego biznesu z grubsza opowiedział dekadę temu i wystarczy. Za to patriotyzm, Polska, strategia narodowa, wyzwania firm dojrzałych — to są tematy dla jednego z najbogatszych Polaków, rocznik 1955. Data urodzin przedsiębiorcy z Rzeszowa rzuca nieco inne światło na jego wciąż aktualne plany. Te obejmują zbudowanie czegoś na kształt Microsoftu spod flagi biało-czerwonej i ambicję pójścia ścieżką Apple’a, wyjścia na rynek z produktem dla konsumentów, a nie tylko dla biznesu. W 1955 r. urodzili się Steve Jobs i Bill Gates.

Turbo w obłokach

Kilkuletni Adaś miał już marzenia, jeszcze niezaklęte w informatycznym kodzie. Być komentatorem sportowym — to było coś. „Sport” wertował z wypiekami na twarzy, uruchamiał wyobraźnię, czarował w głowie słowa opisujące dokonania herosów futbolu, siatkówki. Ta skłonność do wizjonerstwa została mu do dziś. Obecnie Adam Góral, twórca i największy udziałowiec Asseco, nie zżyma się, gdy analitycy wypominają mu bujanie w obłokach. Nie reaguje kontrą, gdy część inwestorów niecierpliwie domaga się spektakularnych ruchów, dramatycznych wzrostów i błyskawicznego wykucia polskiego Microsoftu. Ma swoją wizję, konsekwentnie te puzzle układa.

— Jesteśmy wielką organizacją, szóstym największym producentem oprogramowania w Europę. Takie wielkie firmy mają to do siebie, że trudno je zbudować i trudno znaleźć w nich receptę na kolejne szybkie turbodoładowanie. Tu każdy wzrost w jakiś sposób ginie w masie przedsiębiorstwa. Pracujemy i nad koncepcją dalszego rozwoju — tłumaczy Adam Góral. I jednocześnie zastrzega, że rozmiar ma znaczenie. Ale umiar tym bardziej.

Ryzyko natchnionych

— Chciwość jest dobra — mawiał Gordon Gekko, jeden z bohaterów „Wall Street” Oliviera Stone’a. I z takim podejściem na pewno nie zostałby przyjacielem twórcy Asseco.

Bo ciąg na bramkę to jedno, ale obsesyjne myślenie o liczbie strzelonych goli — to już o krok za daleko. Adam Góral co kilka zdań robi retoryczną „wrzutkę” i z uśmiechem (znów!) wykłada, że Asseco nie jest dla niego maszynką do robienia szybkich pieniędzy. Nie chodzi o tapetowanie salonu banknotami, liczenie kolejnych milionów. — Są tacy, którzy zamachują się na biznes chochlą. Moja obecna strategia to działanie krok po kroku, raczej małą łyżeczką. Tak trudniej się zakrztusić. Być może w krótkiej perspektywie moglibyśmy mieć więcej, ale wierzę, że długofalowo mój sposób na rozwój biznesu będzie efektywniejszy — ocenia biznesmen.

Asseco według jego receptury to pomysł na pracę dla kilku pokoleń menedżerów. Zresztą grupa następców Adama Górala została już przez niego wybrana i natchniona. Celem średnioterminowym jest transformacja z poziomu regionalnego giganta do ligi globalnych liderów, środkiem do tego nie będzie jednak szaleńcze zadłużanie się na spektakularne akwizycje czy oddanie się w ręce któregoś z potężnych koncernów z branży. Jak więc tego dokonać? To proste i skomplikowane zarazem. Trzeba się zabrać do tych puzzli po polsku.

— Ja się na emeryturę nie wybieram, życie rentiera mnie nie nęci. Pasjonuje mnie budowanie, rozwijanie, wyzwania. W swoim czasie przekażę firmę, ale na razie uważam, że do podjęcia pewnych ryzyk bardziej skłonny jest twórca firmy niż wynajęty menedżer. Ten drugi dobrze kalkuluje osobiste ryzyko i łatwo może dojść do wniosku, że lepiej mieć spokojny rynek u siebie, stabilne zyski niż niepewne profity np. ze współpracy z rosyjską firmą, którą właśnie rozpoczęliśmy — mówi prezes Asseco.

Mecz z maszyną

Z tą polskością w budowaniu rozmiaru jest tak, że Góral filozofię małej łyżeczki w mozaice spółek Asseco na świecie podsyca zdrową pewnością siebie. To specyficzny stan ducha i umysłu, tłumacząc go, Adam Góral lubi przywoływać metaforę maturzystów. Ci z Polski zwykle licytują się na liczbę zapisanych kartek. Zachodni koncentrują się na jakości i nie boją się krytyki. Bo dobra krytyka to dla nich pomoc, lekcja, wsparcie. Zatem rzeszowianin Asseco widzi potężne, bo połączone z którymś z potentatów rynku. Właśnie — połączone, nie połknięte.

— Asseco ma być w takim scenariuszu równoprawnym partnerem, mającym polskie korzenie, polski fundament. Żebyśmy mogli powiedzieć: O, Polacy zbudowali czołową firmę na świecie — wyjaśnia przedsiębiorca i zaraz sprowadza swoje wizje na ziemię, zakładając, że w najbliższych latach zbyt często na okładki pism nie będzie trafiał. Część rynku i inwestorów traktuje przecież plany, ambicje Górala z przymrużeniem oka, wypominając mu spadającą rentowność spółki w polskim mateczniku.

— Lata temu zaczynaliśmy w Rzeszowie i było podobnie. Koledzy z branży patrzyli na mnie z pobłażaniem. Ja miałem kontrakt z jednym bankiem spółdzielczym, oni z potężnym PKO BP. Oczywiście, mam świadomość, że w świecie wielcy gracze nie dopuszczą nas ot tak do wielkich pieniędzy — mówi prezes tonem zdradzającym, że on i tak do tych pieniędzy będzie się dokopywał. Systemowo.

— Dlaczego nie jesteśmy w stanie wygrać w piłkę nożną np. ze Słowakami? Bo mamy wielki naród, ale nie mamy maszyny, systemu do wygrywania. Wygrywa się systemem — konkluduje.

Wstyd w szatni

Logika, oś systemu Asseco od lat jest podobna: amerykańskie positive thinking nade wszystko. Zapewne nie bez znaczenia jest tu menedżerskie otrzaskanie Górala za Oceanem. Zasada numer jeden brzmi: zwrot „nie da się” nie istnieje.

— Kiedy wróciłem ze Stanów na początku lat 90., widziałem to wyraźnie: Polak całą energię wkładał w udowodnienie, że się nie da. Amerykanin w tym czasie kwestionował, pytał, ale i kombinował, jak to zrobić. Dlatego powiedziałem wówczas mojej ekipie: nie wracajcie z miasta, mówiąc, że się nie da, że banki na informatykę niegotowe, że panie w okienkach przestraszone. To już wiemy. Masz zrealizować kontrakt, wtedy dostaniesz bonus. Proste? A jak zadziałało! Zaczęła się wewnętrzna rywalizacja, kto szybciej bank do komputerów przekona i kto większą premię dostanie — wspomina Adam Góral.

Dziś już w jego otoczeniu nie ma ludzi, dla których „się nie da”. — Jestem dumny z tego, że przez tyle lat nie straciłem ani jednego pracownika, na którym mi zależało. Logika systemu Asseco zasysała ich do środka — ocenia prezes. System potrzebuje czasem małego lub większego zwarcia. W Rzeszowie do dziś wspomina się trzeci kolejny przegrany mecz miejscowej Resovii, sponsorowanej przez Asseco. Kulminacją epizodu sprzed kilku sezonów były prezesowskie pomeczowe odwiedziny w szatni zespołu. W emocjonalnej przemowie do zawodników Góral sięgnął po swój sprawdzony retoryczny manewr. Zagrał na ambicji, bez przekleństw.

— Jesteście reprezentantami krajów i w klubie tak słabo gracie!? Wstyd. Stać was na więcej — słychać było w szatni. Efekt? Zespół podniósł się z kolan, wygrał kilka kolejnych ważnych spotkań. Podobnie zdarza się w biznesie, choć coraz rzadziej. Koła machiny zazębiły się. — Poza tym spokojniejszy jestem, bardziej doświadczony, bardziej cierpliwy w czekaniu na realizację założonych celów — tłumaczy.

Nakarmić lisy

System a la Góral to nie jedynie zbiór wyrafinowanych idei, nieraz górnolotnych myśli czy alchemiczna tajemnica. System opiera się na kluczowym filarze — ciężkiej pracy. Brzmi banalnie, ale i prawdziwie — twórca Asseco to przecież przedstawiciel starej biznesowej szkoły. Masz talent? Świetnie, zapraszamy do pracy, nad sobą oczywiście. Już podczas kariery akademickiej na rzeszowskiej filii UMCS dr Góral wybierał pracowitych i zdolnych. Wobec reszty miał niskie wymagania i podpisywał indeksy.

— Zawsze lubiłem pracować z ludźmi prawie nie wymagającymi kontroli. A jednocześnie starałem się nie być jak ten przedsiębiorca, co tłumaczy, że nie ma dużej firmy, bo nie było z kim jej zbudować. Przekazywanie wiedzy, doświadczenia młodszym kolegom nie frustruje mnie, nie daje mi wrażenia jazdy na hamulcu ręcznym — wyznaje przedsiębiorca. Dobre nawyki, zdrowe podstawy zawdzięcza m.in. ojcu, wieloletniemu dyrektorowi w rzeszowskim PKS, który mógł — wzorem wielu z epoki PRL — wybrać drogę mniej lub bardziej drobnych kombinacji. Góral senior, by dorobić, zdecydował się jednak na... hodowlę lisów i do pracy zaprzągł nastoletniego Adama.

— Nie raz udawałem, że śpię, tylko po to, by ojciec nie prosił mnie w sobotę rano o pomoc. Ale gdy przychodził i mówił: „Adasiu, wstań, pojedziesz po główki”, wstawałem i jechałem do Bacutilu, postać w ogonku po te cielęce główki na karmę dla lisów. Po latach doceniłem tę szkołę, choć wtedy miałem wrażenie, że te całe wyprawy największe wrażenie robią na współpasażerach autobusu. Główki miały specyficzny zapach — opowiada Adam Góral, który czerwonego systemu nie kochał, ale żył jakby z boku polityki.

Rodzynek z okna

Skąd dystans do akcji politycznych? Z wyrachowania. Już wtedy Adam Góral stosował zasadę, że jeśli czegoś nie może zmienić, to nie ma co strzępić nerwów. W końcówce PRL wyróżniającemu się specowi od ekonometrii i statystyki otworzyło się okno na świat. Wyjechał do Pensylwanii na kilka tygodni naukowego stażu. O tym epizodzie mówi raczej niechętnie. Woli wspominać wyjazd do Stanów w początkach lat 90., gdy już postawił na biznes. A w Pensylwanii był wysłannikiem skansenu, podejrzanym z założenia i zahukanym z obowiązku.

— Co tam wspominać, dość powiedzieć, że prezentem dla krewnych w kraju mogła być paczka rodzynek, które w uniwersyteckiej stołówce były dostępne za darmo. Myśl o ucieczce gdzieś się tliła, ale nie zostawiłbym rodziny w Polsce — przyznaje prezes Asseco. Na plus zaliczyć Pensylwanii można to, że pewien ksiądz załatwił naukowcom fuchę na budowie i 500 dolarów do kieszeni wpadło. Ale doktor Góral już wtedy wiedział, że jest skazany na Polskę i nie zmieniło się to do dzisiaj. Pozostało odpowiedzieć na pytanie, co z tą Polską.

Trzy rzeki przełomu

Kraina nad Wisłą i Wisłokiem to dla podkarpackiego przedsiębiorcy temat rzeka. Sprawa pierwsza: Polska potrzebuje nowego okrągłego stołu, nowej umowy społecznej, nowej wewnętrznej energii. Zgodnie z myślą Seneki, służącej za dewizę Rzeszowa: „Zgodą wzrastają małe rzeczy, niezgodą największe upadają”. Potrzeba — znów — systemu zasysającego do polityki zdolnych, także moralnie i dobrze opłacanych za swe zdolności. Rzecz druga: racjonalny biznesowy nacjonalizm wyjdzie nam na zdrowie.

— Patrzę na państwa trochę jak na przedsiębiorstwa. Z tej perspektywy państwo ma przychody do budżetu i ma w tej kategorii VIP-ów, których powinno preferować. Od nich przecież dostaje najwięcej — mówi Adam Góral, Zanim pojawi się pytanie o szerszy kontekst takiej konstatacji, szef Asseco zastrzega:

— Siedzę tu przed wami we włoskiej marynarce i ktoś mógłby zakrzyknąć, że Vistula powinna mieć do mnie pretensje. Uwypuklam więc nie motyw ograniczania, lecz kwestię narodowych kompleksów i fascynacji Zachodem, które zatarły w moim pokoleniu świadomość siły Polski, jej mocnych stron i potencjału. Nie możemy dać się zepchnąć do roli taniej siły roboczej i sprzedawców w Europie, bo zapłacimy za to ogromną cenę — uważa Adam Góral. Rzecz trzecia: podejście do majątku, także państwowego. Według prezesa Asseco w latach 90. nieraz za bezcen puszczaliśmy, prywatyzowaliśmy to niewiele, które nam zostawił w spadku PRL. Że prywatne lepiej zarządzane? Owszem, ale od czego są systemy motywacji finansowej? — I wy, młodsze pokolenie, musicie wiedzieć, że słabszy musi chronić to niewiele, co ma, i dodawać coś od siebie — mówi prezes. Małymi łyżeczkami i się uda. &

Możesz zainteresować się również: