Raport otwarcia Baracka Obamy

Włodzimierz Uniszewski
opublikowano: 2008-11-10 07:10

Prezydent elekt nie dysponuje na razie żadną cudowną bronią antykryzysową. Wszystkie zapowiadane posunięcia mają historyczne precedensy.

Polityczne aktywa Baracka Obamy, opakowane w hasła nadziei i zmiany, drożały proporcjonalnie do tempa staczania się amerykańskiej gospodarki w paszczę recesji. Po załamaniu na Wall Street popyt wyborców na zmianę sięgnął zenitu i nawet cud nie zapobiegłby porażce Johna McCaina, kojarzonego z kontynuacją. Ustępujący prezydent został obarczony całą winą za kryzys i kończy kadencję ze stopą aprobaty na poziomie 23 proc. — najniższą od prezydentury Richarda Nixona.

Rozmiary niezadowolenia z rządów Busha dają Obamie silną legitymację do zmiany kursu. Największe nadzieje wyborców dotyczą poprawy ich położenia ekonomicznego. Dochody Amerykanów po opodatkowaniu spadły w III kwartale o prawie 4 proc., a bezrobocie wzrosło do 6,1 proc., najwyżej od 1994 r. Ceny nie chcą spadać, a oczekiwania inflacyjne rosną. Maleje realny PKB, ciągnięty w dół przez spadek sprzedaży detalicznej i inwestycji. Nie widać oznak poprawy sytuacji w przemyśle, gdzie wskaźnik koniunktury osiągnął wartość z kryzysowego 1982 r. Nastroje konsumentów spadły w październiku do poziomu najniższego od 41 lat.

Nowego lokatora Białego Domu czeka marsz po terenie usianym pułapkami. Zglobalizowana gospodarka jest równie podatna na działania polityków, jak deszcz na zaklęcia szamanów. Tymczasem wielu Amerykanów widzi podobieństwo obecnych wydarzeń do sytuacji z 1932 r., kiedy w apogeum wielkiego kryzysu władzę z rąk pechowego Herberta Hoovera przejmował Franklin Roosevelt.

Gdy władzę w USA przejmował Roosevelt bezrobocie sięgało 25 proc., a banki padały jak muchy. Amerykańska gospodarka otrzymała niedawno silne ciosy, ale daleko jeszcze do powtórki nokautu sprzed blisko 80 lat. Zadaniem Obamy nie jest podniesienie jej z głębokiego dna, ale zatrzymanie na początku prowadzącej tam drogi. Wbrew pozorom może to okazać się trudniejsze. Paradoksalnie, najwięcej w tym krytycznym okresie będzie zależało nie od zmian zainicjowanych przez niego, ale od skuteczności działań podjętych przez poprzednią administrację przy wsparciu Rezerwy Federalnej. Jeśli osiągną cel, niebezpieczeństwo głębokiej depresji zostanie zażegnane. W przeciwnym razie Obama może znaleźć się w butach nie Roosevelta, ale właśnie Hoovera.

Pod symptomami gospodarczego osłabienia kryje się kryzys znacznie poważniejszy. Dotyka on całego amerykańskiego modelu społeczno-gospodarczego, będącego hybrydą dziedzictwa Nowego Ładu i deregulacji Ronalda Reagana. Konsekwencją reform Roosevelta była redukcja dysproporcji dochodowych poprzez zwiększenie progresywności podatków. Korporacje zostały obarczone większą odpowiedzialnością za bezpieczeństwo socjalne pracowników — zaczęły powstawać liczne zakładowe plany emerytalne oraz zdrowotne. Ukształtował się symbiotyczny układ państwa i korporacji, który zwiększał bezpieczeństwo socjalne, nie dławiąc przedsiębiorczości. Przemiany te sprzyjały wzrostowi klasy średniej, której zamożność rosła wraz z sukcesami amerykańskiej gospodarki.

Kryzys gospodarczy lat 70. utorował drogę zmianom polegającym na rozluźnieniu gorsetu regulacji, obniżeniu podatków, liberalizacji handlu, co przyniosło Ameryce blisko 20 lat nowej prosperity. Dopóki trwała hossa, nikt nie próbował modyfikować systemu, łącznie z administracją Billa Clintona. Gdy nastały chudsze lata, okazało się, że związek między sukcesem amerykańskich korporacji a powodzeniem przeciętnych Amerykanów znacznie się rozluźnił. Zyski spółek w ostatnich latach szybko rosły, ale płace realne stały w miejscu. Przenoszenie dobrze płatnych miejsc pracy za granicę uderzyło po kieszeni klasę średnią i pracującą. W warunkach ostrej konkurencji firmy zaczęły redukować swoje programy zdrowotne i emerytalne. W górę poszybowały dochody najbogatszych, a Wall Street stała się państwem w państwie. Spadek wartości kont emerytalnych dopełnił czary goryczy. Dlatego plan Paulsona wywołał powszechną wściekłość jako kolejny ukłon w stronę arystokracji pieniądza.

Obama ma do czynienia ze społeczeństwem sfrustrowanym, a społeczna frustracja znajduje zwykle ujście w niechęci do bogatych oraz obcych. Korespondujące z takimi nastrojami treści można znaleźć w programie prezydenta elekta pod postacią planu zmian podatkowych oraz pachnącej protekcjonizmem odpowiedzi na wyzwania globalizacji. Program ten zapowiada także zwiększenie aktywności państwa w celu zmuszenia firm do hojniejszego dzielenia się profitami. To grozi konfliktem celów, wskutek którego niekoniecznie wzrosną dochody Amerykanów, za to spadną zyski spółek, co wpłynie na wyceny akcji i uderzy rykoszetem w konta emerytalne. Zwiększanie fiskalizmu i redystrybucji, gdy gospodarka balansuje na krawędzi depresji, wydaje się posunięciem ryzykownym.

Obama proponuje podniesienie dwóch najwyższych stawek opodatkowania dochodów o 2-4 pkt proc. Inwestorzy giełdowi też nie będą mieli powodów do zadowolenia — stawki podatku od zysków kapitałowych i dywidend mają wzrosnąć o 33 proc. Pracodawcy zapłacą nowy podatek od płac, przeznaczony na finansowanie państwowego programu opieki zdrowotnej. Przywrócony ma zostać podatek spadkowy. Firmy paliwowe mogą zapłacić jednorazowy podatek od "nadmiernych" zysków, który sfinansuje tysiącdolarowy rabat podatkowy dla rodzin na opłacenie rachunków za energię. Zmiany dotkną jednak najmocniej nie tyle wielkie korporacje, co małe firmy na tworzące ponad połowę nowych miejsc pracy w USA. Nie ma też mowy o obniżeniu wynoszącego 39,3 proc. podatku korporacyjnego. Pracodawcy mogą też obawiać się planów wzmocnienia pozycji związków zawodowych. Rodziny o przeciętnych i niskich dochodach mogą za to spodziewać się kwotowej obniżki podatku od płac o tysiąc dolarów. Dzięki temu 10 mln Amerykanów nie będzie płaciło podatku dochodowego. Obama zapowiada także wdrożenie jakiejś formy powszechnej opieki medycznej, gdyż około 50 mln Amerykanów nie ma ubezpieczenia zdrowotnego, którego średni roczny koszt szacuje się na 12 tys. dolarów.

Pomysły Obamy na ograniczenie negatywnych dla wielu Amerykanów skutków globalizacji grożą spowolnieniem światowego obrotu towarowego. Kojarzą się nieprzyjemnie z protekcjonistyczną taryfą celną z 1930 r., która położyła na łopatki handel międzynarodowy. Obama będzie dążyć do rewizji porozumienia handlowego NAFTA. Firmy przenoszące miejsca pracy za granicę stracą ulgi podatkowe. Zachęty finansowe otrzymają za to przedsiębiorstwa utrzymujące lub zwiększające zatrudnienie w USA. Widoczny w tle motyw "kradzieży" amerykańskich miejsc pracy źle wróży młodym rynkom. Pozostaje liczyć na to, że Obama nie zaryzykuje wojny handlowej z Chinami, skoro to głównie Chińczycy finansują deficyt budżetowy USA. Przy dużej zależności Ameryki od taniego importu protekcjonizm oznaczałby także wzrost kosztów utrzymania.

Pierwszą znaczącą inicjatywą Baracka Obamy może być nowy pakiet pobudzający gospodarkę. Wyborcy oczekują rządowego wsparcia, widząc miliardy idące na pomoc dla sektora finansowego. Mówi się o planie wartym nawet 300 mld dolarów. W grę wchodzi także przedłużenie okresu pobierania zasiłku dla bezrobotnych, podwyższenie płacy minimalnej i powiązanie jej z inflacją, wsparcie dla zagrożonych licytacją właścicieli domów oraz inwestycje w infrastrukturę i energetykę alternatywną. Przeszkodą będzie jednak sięgający 500 mld dolarów deficyt budżetowy. Poprawę sytuacji finansowej mogłoby przynieść szybkie zakończenie kosztownej kampanii w Iraku, ale na to się nie zanosi.

Obama nie dysponuje na razie żadną cudowną bronią antykryzysową. Wszystkie już zastosowane i zapowiadane posunięcia mają historyczne precedensy. Roosevelt osiągnął sukces stosunkowo szybko, ale startował z bardzo niskiego pułapu, a po kilku latach gospodarka znowu zaczęła słabnąć. Równie agresywne działania byłyby o wiele trudniejsze teraz, gdy państwo redystrybuuje znacznie większą część dochodu narodowego niż 80 lat temu. Dlatego bardziej istotne wydaje się powodzenie działań Rezerwy Federalnej, dążącej do odbudowy akcji kredytowej. Przy wartości PKB wynoszącej ponad 14 bln dolarów pakiet stymulacyjny rzędu 200-300 mld dolarów będzie mieć znaczenie raczej psychologiczne. Obecna skali stymulacji monetarnej oddala ryzyko głębokiej depresji, ale nie gwarantuje mocnego odbicia, zwiększając za to ryzyko inflacyjne. Obamie może w takiej sytuacji przypaść rola nie Hoovera czy Roosevelta, ale Jimmy'ego Cartera, który zastał gospodarkę pogrążoną w stagnacji i w takim samym stanie ją zostawił.

Co proponuje nadzieja Amerykanów
Pakiet pobudzający gospodarkę, wart nawet 300 mld dolarów.

Dwie najwyższe stawki podatkowe mają wzrosnąć o 2-4 pkt proc.

Stawki podatku od zysków kapitałowych i dywidend mają wzrosnąć o 33 proc.

Nowy podatek od płac dla pracodawców na finansowanie programu opieki zdrowotnej.

Jednorazowy podatek dla firm paliwowych od "nadmiernych" zysków.

Obniżka podatku od płac dla rodzin o przeciętnych i niskich dochodach o tysiąc dolarów.

Emeryci o dochodach poniżej 50 tys. dolarów rocznie nie zapłacą podatku dochodowego.

Stworzenie programu opieki medycznej.

Możliwość wycofania części kapitału z kont emerytalnych bez karnego podatku.

Firmy przenoszące miejsca pracy za granicę stracą ulgi podatkowe.

Zachęty finansowe dla firm utrzymujących lub zwiększających zatrudnienie w USA.