Referendalna zagwozdka

Jacek Zalewski
opublikowano: 2004-06-22 00:00

Ortodoksyjna opozycja, słownie wieszająca rząd za wyrażenie zgody na Konstytucję dla Europy, niedokładnie wie, co jest przedmiotem jej ataków. Przecież do pierwotnego projektu Konwentu zostało wprowadzonych blisko 100 szczegółowych zmian, o różnym zakresie i różnej doniosłości. Systematycznie przyjmowali je ministrowie spraw zagranicznych — niektóre już za prezydencji włoskiej, a większość w okresie prezydencji irlandzkiej. Pozostający do końca polityczną kością niezgody artykuł 24 z tytułu IV — regulujący większość kwalifikowaną przy podejmowaniu decyzji — był zaledwie jednym z setki, i to legislacyjnie wcale nie najtrudniejszym.

Doszlifowanie traktatu i bezbłędne przetłumaczenie go na 21 równoprawnych języków potrwa kilka miesięcy, zatem ogłoszenia jego tekstu jednolitego oraz podpisania można spodziewać się dopiero jesienią. Nieporównanie prostsza Nicea została uzgodniona 11 grudnia 2000 r., podpisana 26 lutego 2001 r., ratyfikowana do 19 października 2002 r. (powtórne referendum w Irlandii), a w życie weszła 1 lutego 2003 r. Konstytucja dla Europy ma wejść w życie „pierwszego dnia miesiąca następującego po złożeniu dokumentu ratyfikacyjnego przez państwo-sygnatariusza, które jako ostatnie spełni tę formalność”. Rząd Włoch, który będzie depozytariuszem owych dokumentów, na komplet z 25 państw może nie doczekać się nigdy.

Nasz wczorajszy komentarz „Konstytucja pewnie i tak przepadnie w ratyfikacji” wpisał się w jednobrzmiący chór prasy europejskiej, przewidującej ogromne kłopoty nie tylko w Wielkiej Brytanii czy w Polsce — gdzie lewicowe rządy są silnie atakowane za brukselski kompromis — ale także w kilku innych państwach. I nic na to nie poradzi Rada Europejska ani żadna inna unijna instytucja. O ile na osamotnionego premiera daje się wywrzeć presję poprzez otwieranie na zapleczu obrad szampanów, o tyle na społeczeństwo — nie za bardzo.

W Polsce sprawy zaszły już tak daleko, że skierowanie procedury ratyfikacyjnej na drogę referendalną jest bezwzględnie konieczne. Stosunek obywateli do eurowyborów wskazuje, iż wynik głosowania zapewne nie będzie wiążący — wymagane jest wzięcie udziału przez więcej niż połowę uprawnionych. Jedyną szansą frekwencyjną jawi się dołączenie referendum ratyfikacyjnego do pierwszej tury wyborów prezydenckich na jesieni 2005 r. Jeśli mimo to się nie uda, Konstytucja dla Europy wróci do Sejmu i Senatu. Każda z izb musi ją zatwierdzić większością 2/3 głosów, liczoną od obecnych na sali. Gdyby dzisiejsze sondaże przełożyły się na skład parlamentu, to dokumenty ratyfikacyjne z Polski raczej do Rzymu nie dotrą...