Reforma CO 2 dzieli PGE i Tauron

Magdalena GraniszewskaMagdalena Graniszewska
opublikowano: 2014-01-20 00:00

Dwie największe firmy energetyczne mają rozbieżne interesy w obszarze CO 2. PGE chce interwencji, a Tauron — nie.

Rośnie ciśnienie przed zapowiedzianą na 22 stycznia publikacją przez Komisję Europejską propozycji dotyczących Polityki Klimatycznej Unii Europejskiej do 2030 r. Wśród nich znajdzie się również plan reformy systemu ETS, czyli systemu handlu prawami do emisji CO 2. Cel reformy jest jasny: chodzi o podwyższenie cen uprawnień po to, by zachęcić inwestorów do odchodzenia od węgla. Nic dziwnego, że polska energetyka, oparta niemal wyłącznie na węglu, protestuje.

fot. Bloomberg
fot. Bloomberg
None
None

Polski Komitet Energii Elektrycznej, reprezentujący największe firmy energetyczne w kraju, wystąpił wczoraj do polskich władz z apelem o „powstrzymanie Komisji od przedstawienia tek propozycji, jako rozwiązania zwiększającego koszty wdrożenia polityczno klimatycznej”. Pod apelem podpisał się Dariusz Lubera, wiceprezes Komitetu, a jednocześnie prezes Tauronu, drugiej — po PGE — największej firmy energetycznej w Polsce. Co ciekawe, sama PGE patrzy na ewentualną interwencję na rynku CO 2 z nadzieją. Widać to w jej niedawnym komunikacie dotyczącym inwestycji w Opolu. Wśród czynników sprzyjających projektowi zarząd wymienił „zapowiadane interwencje w systemie handlu emisjami CO 2”.

Jak wyjaśnić tę różnicę w podejściu PGE i Tauronu? Najlepiej wiekiem bloków energetycznych.

— Bloki energetyczne należące do PGE są średnio o ok. 10 lat młodsze od bloków Tauronu. To duża różnica. Bloki Tauronu są już mocno wyeksploatowane i każdy dodatkowy koszt, np. wzrost ceny uprawnień do emisji CO 2, może zagrozić ich efektywności finansowej — tłumaczy Paweł Puchalski, szef działu analiz Domu Maklerskiego BZ WBK.

Można przypuszczać, że nieefektywne bloki mogą w końcu wypaść z rynku, zmniejszając konkurencję, na co PGE być może liczy. Dla Opola ważny jest też zapewne krótkoterminowy efekt interwencji na rynku CO 2.

— Bo paradoksalnie, na krótką metę, wysoka cena CO 2 byłaby dobrą wiadomością dla polskich spółek energetycznych ze względu na istotne wolumeny darmowych uprawnień przysługujące im do 2020 r. Dlatego wskaźnik emisyjności polskich bloków, po korekcie o darmowe uprawnienia, jeszcze przez kilka lat będzie wbrew powszechnemu mniemaniu niższy niż średnia emisyjność bloków w Europie Zachodniej — zauważa Paweł Puchalski.

Jednak w długim terminie, jak przypomina Puchalski, droższe certyfikaty CO 2 i brak darmowej puli jednoznacznie obniżyłyby konkurencyjność naszej energetyki na tle innych rynków europejskich. Zwłaszcza jeśli założymy dynamiczny rozwój transgranicznego handlu energią.