Polska żywność, szczególnie po wejściu do UE, bije rekordy popularności na zagranicznych rynkach. Eksport produktów spożywczych pobił w ubiegłym roku kolejny rekord, osiągając 17,5 mld EUR — to o 14,8 proc. więcej niż rok wcześniej. „Polska żywność podbija rynki”, „Żywność eksportowym hitem”— w ostatnich latach przyzwyczailiśmy się do podobnych tytułów na pierwszych stronach gazet. Niestety, doskonały wynik sprzedaży zagranicznej psuje coraz gorszy klimat wokół jakości polskiej żywności. Kolejne afery, wcześniej m.in. solna, teraz końska, są coraz poważniejszym zagrożeniem dla reputacji polskich wyrobów. Co gorsza, na konkurencyjnym europejskim rynku każde tego typu potknięcie jest natychmiast wykorzystywane przez konkurencję.
Problemy wokół jakości polskich produktów po raz kolejny wywołały kolejną dyskusję na temat systemu kontroli produkcji żywności w Polsce. Okazało się, że pomimo działalności kilku dedykowanych instytucji, system ma luki, które mogą wykorzystywać nieuczciwe podmioty. Okazało się także, że w przypadku problemów, nikt nie chce poczuwać się do odpowiedzialności. W kontekście wydarzeń z ostatnich miesięcy coraz częściej mówi się o połączeniu kompetencji dotychczasowych instytucji i stworzeniu jednej, która w sposób kompleksowy zajmie się inspekcją jakości „od pola aż do stołu”.
„W Polsce powinna być jedna silna inspekcja kontrolna zapewniająca bezpieczeństwo żywności, niezależna i ulokowana możliwie wysoko. Dodatkowo warto byłoby się zastanowić nad wprowadzeniem, np. w ramach IHARS, centralnej Policji ds. Bezpieczeństwa Żywności, która w każdej chwili miałaby wstęp na teren zakładów spożywczych. Dziś kontrole często odbywają się w lokalnym sosie. Wszyscy się znają i kontrole często przestają być niezależne, czyli przestają być kontrolami” — to słowa jednego z ekspertów, wypowiadającego się ostatnio w mediach. Jeśli to prawda, obecny system wymaga głębokiej reformy.
Przedmiotem refleksji powinien stać się także system certyfikacji żywności w Polsce. Wciąż brakuje nam jednego spójnego certyfikatu (np. Polish Food Quality), który byłby rozpoznawalny na całym świecie i gwarantował, że żywność nim opatrzona spełnia wysokie standardy jakości i bezpieczeństwa. Nie krytykuję oczywiście obecnie wydawanych certyfikatów, wystawianych przez renomowane i z reguły profesjonalne instytucje. Warto jednak zwrócić uwagę, że są one często wyznacznikiem nie tylko jakości, ale przede wszystkim wyjątkowości produktów nimi opatrzonych. To dlatego są często wykorzystywane w celach marketingowych, jako element budowania przewagi nad konkurencją.
Jakość polskiej żywności nie powinna być czymś wyjątkowym, ale jej nieodłącznym i nie budzącym wątpliwości atrybutem. Dopóki nie doczekamy się rewolucji technicznej w polskiej gospodarce, wysokiej jakości polska żywność będzie naszym sztandarowym produktem eksportowym. Szkoda byłoby to zepsuć.