Po katastrofie w wielu relacjach mówiło się o 50 robotnikach pozostawionych w elektrowni Fukushima, którzy mimo wysokiego ryzyka poświęcają się dla dobra ogółu, by nie dopuścić do katastrofy na wielką skalę i skażenia znacznych obszarów kraju. Wszyscy chwalili ich za "samurajskie" bohaterstwo. Tymczasem Robert Hetkämper, korespondent ARD w Japonii, uważa, że ci ludzie wcale nie pracują tam z wyboru, lecz z konieczności życiowej.

Zarządzający elektrownią koncern TEPCO (Tokyo Electric Power Company) do niebezpiecznych robót wykorzystuje ludzi z góry spisanych na straty: bezdomnych, robotników cudzoziemskich, bezrobotnych, a nawet małoletnich – twierdzi Hetkämper. Określa się ich mianem „robotników do jednorazowego użytku” – i zwalnia, gdy otrzymają zbyt dużą dawkę promieniowania. Dziennikarz rozmawiał z japońskim lekarzem, który to potwierdził – czytamy na łamach "Forum".
Taka „okrutna praktyka” stosowana jest nie tylko teraz, ale już od dziesiątków lat. Przypomina to, jak mówiła komentatorka WDR, o setkach tysięcy „likwidatorów”, którzy w Związku Radzieckim zostali zatrudnieni przy budowie sarkofagu nad czarnobylskim reaktorem i usuwaniu skażenia. Ich wtedy również poświęcono. W Japonii jednak takie spisywanie ludzi na straty jest o tyle dziwne, że zazwyczaj chętnie używa się tam robotów w Fukushimie jak się wydaje, nie ma ich jednak w Fukushimie.