Rolnicy się starzeją i sprzedają hektary

Unijna kroplówka wzmocniła gospodarstwa, ale młodzi i tak uciekają. Brak sukcesji oznacza, że do wzięcia będzie 830 tys. ha wartych miliardy złotych

Z problemem sukcesji, od kilku lat poruszanym w środowisku firm rodzinnych, coraz częściej borykają się też polscy rolnicy. Przez dekadę spędzoną w UE zyskali sporo lat. Jak wynika z badania Agribus (które co roku Martin & Jacob przeprowadza wśród rolników posiadających co najmniej 15 hektarów), grupa w wieku 50+ powiększyła się z 30,5 proc. w 2004 r. do 41 proc. w 2013. Jednocześnie zmalała liczba najmłodszych gospodarzy. O ile w 2004 r. stanowili 9,4 proc., o tyle dziesięć lat później już tylko 6 proc.

— Z naszych badań wynika, że ponad 12,9 tys. właścicieli gospodarstw rolnych w Polsce [o powierzchni powyżej 15 ha — red.] planuje ich sprzedaż. Brak możliwości przekazania gospodarstwa dzieciom lub innym członkom rodziny jest najbardziej prawdopodobną przyczyną takiej decyzji — mówi Marcin Chrobot, prezes Martin & Jacob.

Do kupienia będzie nawet 830 tys. ha. Biorąc pod uwagę średnią cenę hektara według GUS, ich wartość przekracza 21,3 mld zł. Do wzięcia będą głównie mniejsze gospodarstwa.

— Największy odsetek gospodarstw przeznaczonych na sprzedaż rejestrujemy w przedziale wielkości od 15 do 20 ha. Średnią wielkość gospodarstwa przeznaczonego na sprzedaż można szacować na 64 ha — twierdzi Marcin Chrobot.

Najwięcej takich gospodarstw jest w województwach mazowieckim i warmińsko-mazurskim (w sumie około 102 tys. ha), a następne na liście są wielkopolskie i dolnośląskie.

Okazja dla sąsiadów

Rolnicy przyznają, że problem sukcesji się pogłębia.

— Jest to efekt tego, że gospodarstwa poniżej 20 ha są nierentowne. Nie można się dziwić młodym ludziom, że nie chcą przejmować ich po rodzicach. Większe gospodarstwa funkcjonują jak dobrze zorganizowane firmy, więc przynoszą też odpowiednie dochody — komentuje Michał Cieślak, przedstawiciel Związku Zawodowego Młodych Rolników ZZCNMR i Świętokrzyskiej Izby Rolniczej.

Marian Sikora, przewodniczący Rady Federacji Branżowych Związków Producentów Rolnych (RFBZPR), uważa, że młodzi mają po prostu inny pomysł na życie.

— Dwie rodziny, czyli starsze i młodsze pokolenie, tylko w niewielu przypadkach utrzymają się z jednego gospodarstwa. Rolnik odchodzi dzisiaj na emeryturę w wieku 67 lat. Jeśli ktoś ma wtedy przejmować ziemię, to raczej wnuki. Ponieważ młodzi nie chcą tak długo czekać, to poszukują pracy w mieście. Zapominają, jak się pracuje na roli, i nie chcą wracać — twierdzi Marian Sikora.

Zdaniem Piotra Sawali, wiceprezesa W Investments, holdingu finansowego, który inwestuje m.in. w ziemię rolną, to nie fundusze ustawią się w kolejce po mniejsze areały ziemi sprzedawane przez starsze pokolenie.

— Beneficjentem będą głównie sąsiedzi rolników — gospodarze, którzy mają już kilkadziesiąt hektarów i opłaca im się dokupić kilkanaście kolejnych. Z punktu widzenia funduszu, który kupuje po to, żeby za jakiś czas sprzedać drożej, powierzchnia mniejsza niż 50 ha nie ma sensu. Trzeba złożyć wnioski o dotacje, zrobić analizę gruntów, opłacić zarządzanie nimi i poddać się kontroli związanej z pieniędzmi z UE. Opłaca się to przy posiadaniu co najmniej 300 ha w niewielkiej odległości — wyjaśnia Piotr Sawala.

Strategia zamiast kroplówki

Michał Cieślak jest przekonany, że młodzi rolnicy chętnie zostawaliby na wsi, ale potrzebują wsparcia państwa — innego niż dotychczasowe. — Nie chodzi tu o dopłaty obszarowe do każdego hektara, ale o precyzyjnie ukierunkowane fundusze wspierające np. wejście w kolejne ogniwa łańcucha produkcji i dystrybucji żywności — przetwórstwo, pakowanie czy sortowanie.

Dzięki wartości dodanej rolnik będzie w stanie uzyskać znacznie lepszą cenę za swój produkt, stworzy nowe miejsca pracy i pozostanie z rodziną na wsi. Obecnie fundusze unijne działają w dużej mierze jak kroplówka na nagłe potrzeby i mają niewiele wspólnego z realizacją spójnej i długofalowej strategii dla polskiego rolnictwa i gospodarki żywnościowej — twierdzi Michał Cieślak.

Zdaniem Mariana Sikory, problemem jest także coraz mniejsza liczba kobiet pozostających na wsiach.

— Młode kobiety emigrują do miast, więc rolnicy mają realny problem ze znalezieniem żon. W efekcie są mniej przywiązani do gospodarstw rolnych — uważa szef RFBZPR.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michalina Szczepańska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu