Rosną szanse na wielkie pieniądze

Agnieszka Jabłońska
opublikowano: 2010-10-08 00:00

Co najmniej 300 mld EUR — tyle zdaniem europosłów powinno być do podziału w latach 2014–20.

Europarlament broni pieniędzy na politykę spójności

Co najmniej 300 mld EUR — tyle zdaniem europosłów powinno być do podziału w latach 2014–20.

Parlament Europejski (PE) przyjął wczoraj rezolucję o kształcie polityki spójności w następnej perspektywie budżetowej ("PB" pisał o jej projekcie we wtorek). Europosłowie postulują, by budżet Unii Europejskiej (UE) na lata 2014-20 był co najmniej taki sam jak obecnie. To świetna wiadomość dla Polski, bo teraz z unijnej kasy czerpiemy garściami: do dyspozycji na lata 2007-13 dostaliśmy aż 264 mld zł.

— Chcemy, by siedmioletnie wydatki Unii na politykę regionalną wyniosły co najmniej tyle, co teraz — 300 mld EUR. Pieniądze powinny płynąć nie tylko do ubogich regionów w biednych krajach, ale też biedniejszych regionów w państwach bogatszych. Chodzi o to, by stare kraje UE, jak Niemcy, Francja czy Wielka Brytania, które do unijnej kasy więcej wpłacają niż z niej biorą, widziały w niej korzyści — wylicza Danuta Hübner, przewodnicząca Komisji Rozwoju Regionalnego PE.

Głównym kryterium uwzględnianym przy podziale unijnej kasy powinien pozostać poziom PKB.

— Regiony, których PKB jest mniejsze niż 75 proc. unijnej średniej, powinny dostawać najwięcej. Do wsparcia na wielkie projekty ponadregionalne powinny się kwalifikować kraje o PKB poniżej 90 proc. średniej — twierdzi Danuta Hübner.

Jednym głosem

PE opowiada się przeciwko redukcji polityki spójności do instrumentu dla najbiedniejszych i jej sektoryzacji, czyli podziałowi pozostałych pieniędzy na fundusze dedykowane osobno transportowi czy energetyce. Autorzy projektów rywalizowaliby wówczas o dotacje na szczeblu unijnym, a nie krajowym i wojewódzkim. A to oznacza, że szanse Polaków na uzyskanie wsparcia byłyby znikome. Przeciwnie, polityka powinna służyć wdrażaniu unijnej strategii Europa 2020. Takie podejście w Brukseli promuje także Polska.

— Przyjęta rezolucja to dobry sygnał, zwłaszcza że znaczna część propozycji popartych przez PE jest zawarta w przyjętym w sierpniu stanowisku polskiego rządu. Liczymy na owocną współpracę z PE — mówi Elżbieta Bieńkowska, minister rozwoju regionalnego.

Głos w dyskusji

Choć rezolucja PE nie jest dokumentem wiążącym, będzie mieć duże znaczenie w rozpoczynających się właśnie negocjacjach nad wieloletnim budżetem. Zwłaszcza że posłowie przegłosowali ją niemal jednomyślnie.

— Przeciwni byli tylko eurosceptycy, którzy pieniądze woleliby wydawać samodzielnie w kraju, a nie za pośrednictwem Unii. To część środowisk brytyjskich o marginalnym znaczeniu. Rezolucja to ważny krok polityczny. PE wyraził pogląd, do którego będzie się odwoływał w negocjacjach. Wyprzedziliśmy Komisję Europejską, która przygotowuje raport o przyszłości polityki spójności. Prawdopodobnie w konkluzjach uwzględni nasze stanowisko — twierdzi Jan Olbrycht, eurodeputowany Platformy Obywatelskiej.

— Stanowisko PE jest ważne, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że rola tej instytucji została wzmocniona przez traktat lizboński, a polityka budżetowa należy do jej prerogatyw. Mimo to najważniejszy głos w debacie nad finansami będzie miała Rada Europejska, czyli szefowie krajów UE — mówi Jerzy Kwieciński, były minister rozwoju regionalnego.