Szefowie dyplomacji państw UE w poniedziałek kolejny raz nie zdołali zbliżyć swoich stanowisk w sprawie finansowania Unii w latach 2007-13. Centralnym problemem do rozwiązania pozostaje rabat brytyjski, czyli kilkumiliardowa ulga w składce Londynu do budżetu UE. Jednocześnie rośnie presja na kierujących pracami UE Brytyjczyków, by doprowadzili do kompromisu w tej sprawie na szczycie europejskim 15 i 16 grudnia.
"Ta dyskusja była bezsensowna" - nie krył rozczarowania minister spraw zagranicznych Belgii Karel De Gucht.
Na niespełna cztery tygodnie przed szczytem w Brukseli poniedziałkowe spotkanie szefów dyplomacji UE "nie przyniosło żadnych postępów w sprawie budżetu" - przyznał minister ds. europejskich Jarosław Pietras.
"Nie zgadzam się jednak z tym, że dyskusja była bezsensowna. To była dyskusja potrzebna jako element mobilizacji Wielkiej Brytanii" - dodał.
Szef brytyjskiej dyplomacji Jack Straw nie przedstawił w poniedziałek żadnej propozycji liczbowej. Tę zapowiada dopiero na posiedzenie ministrów spraw zagranicznych zwołane na 7 grudnia.
"Jedyną formalną propozycją, jaka jest na stole, pozostaje propozycja Luksemburga" - powiedział Pietras.
Luksemburg proponował w czerwcu, by globalne wydatki UE wyniosły w ciągu siedmiu lat 1,056 proc. dochodu narodowego brutto. Na politykę spójności do podziału byłoby 0,37 proc. DNB, czyli ponad 306,5 mld euro.
Podczas poniedziałkowej debaty 17 krajów - w tym Polska, Francja, Belgia, Włochy, Niemcy i Austria - opowiedziało się za możliwie niewielkim odejściem od propozycji Luksemburga. Zadowolona z niej była także Polska, bo oznaczała ona dla nas około 60 mld euro "na czysto" w siedmioletniej perspektywie (2007-2013).
Natomiast Wielka Brytania, Holandia i Szwecja zajęły wręcz przeciwne stanowisko. Opowiedziały się w poniedziałek za "znaczącymi zmianami" w propozycji luksemburskiej, które zmniejszyłyby ich wpłaty do unijnego budżetu.
Głównym problemem do rozwiązania pozostaje wynegocjowany w 1984 roku rabat brytyjski.
W czerwcu Wielka Brytanii odrzuciła pomysł zamrożenia go na poziomie 5,5 mld euro rocznie do 2013 roku. Zdaniem ekspertów bez takiego zamrożenia rabatu Brytyjczycy mogliby odzyskiwać rokrocznie coraz więcej - aż do ponad 8 mld w 2013 roku (paradoksalnie im większy budżet UE, tym większy rabat brytyjski).
"Jeśli nic nie zmienimy, to w kolejnych planach budżetowych na lata 2007-13 rabat wzrośnie o 64 proc., a budżet o 11 proc." - powiedziała na konferencji prasowej w poniedziałek komisarz ds. budżetu Dalia Grybauskaite. "Oczywiste jest więc postawienie pytania o to, kto finansuje rozszerzenie Unii" - dodała.
Brytyjczycy w poniedziałek ostrzegli swoich partnerów, że wszelkie zmiany w rabacie musiałaby zaaprobować Izba Gmin. "To nie jest blef. Oni muszą iść z tym do parlamentu i to jest z punktu widzenia polityki wewnętrznej bardzo trudne" - przyznał Pietras.
Ale w kuluarach dyplomaci (nie tylko francuscy) komentowali, że wiarygodność Brytyjczyków "legła w gruzach": byli orędownikami rozszerzenia UE, a teraz nie chcą za nie płacić.
"Nie myślę, by było wiarygodne z naszej strony kontynuowanie negocjacji w sprawie dalszego rozszerzenia, jeśli nie potrafimy porozumieć się co do finansowania obecnej, rozszerzonej Unii" - oświadczył szef Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso. "To oznacza, że rabat Wielkiej Brytanii powinien być zmodyfikowany" - dodał.
Zwrócił na to uwagę w swoim wystąpieniu także szef polskiej dyplomacji Stefan Meller.
"Społeczeństwa nowych państw członkowskich nie zrozumieją, dlaczego nie ma porozumienia. Czy ich przyszłość ma się stać zakładnikiem sporów, które trwają od ponad 20 lat?" - pytał retorycznie.
W przypadku braku porozumienia budżetowego w grudniu najwięcej stracą nowe kraje członkowskie, gdyż opóźnione zostaną transfery środków na rozwój ich biednych regionów czy walkę z bezrobociem.
Inga Czerny