Rotacja wojsk USA mogłaby zmienić się w pobyt stały

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2026-05-17 19:23

Zarówno Ministerstwo Obrony Narodowej, jak też prezydenckie Biuro Bezpieczeństwo Narodowego wiedzą tyle, że nie wiedzą, co Pentagon naprawdę zdecydował.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Bałtycki Terminal Kontenerowy w Gdyni na razie jeszcze nie odczuwa chaosu decyzyjno-informacyjnego związanego z wstrzymaniem kolejnej planowej rotacji wojsk USA stacjonujących w Polsce. To strategiczny węzeł logistyczny, mniej popularny w obiegu publicznym od portu lotniczego Rzeszów Jasionka, ale mający fundamentalne znaczenie dla rozładunku/załadunku sprzętu wojsk USA stacjonujących w Polsce i Europie. Przez Nabrzeże Helskie od 2018 r. przechodzą tysiące pojazdów, w tym czołgi, transportery opancerzone, działa oraz kontenery z najróżniejszym wyposażeniem. Po rozładunku i umyciu wszystko jest dalej transportowane na polskie poligony lub do amerykańskich baz. Po zakończonej rotacji sprzęt wraca tą samą drogą do USA. Widok na zmilitaryzowany węzeł portowy, dostępny każdemu – czyli bezproblemowo również… obcej agenturze – z wiaduktu trasy Eugeniusza Kwiatkowskiego, jest naprawdę imponujący, ale i stresujący. Potwierdza rzucane łatwo w przestrzeń przez polityków opinie, że znajdujemy się w okresie przedwojennym.

Oba skonfliktowane ośrodki władzy w Polsce, rządowy i prezydencki, od minionego tygodnia są totalnie zaskoczone wieściami z Waszyngtonu. Zarówno Ministerstwo Obrony Narodowej (MON), jak też prezydenckie Biuro Bezpieczeństwo Narodowego (BBN) wiedzą tyle, że nie wiedzą, co Pentagon naprawdę zdecydował. Sekretarz wojny Pete Hegseth niespodziewanie wstrzymał transport nowej zmiany 4 tysięcy żołnierzy brygady z 1. Dywizji Kawalerii – faktycznie to dywizja pancerna – z Fort Hood w Teksasie, chociaż do Polski już dotarło 20 proc. ludzi oraz około 70 proc. sprzętu. No cóż, najwyżej zostanie to w gdyńskim terminalu załadowane powrotnie.

W nowym tygodniu seria rozmów bezpośrednich ma doprecyzować, na czym realnie polega nowa koncepcja. Polskę odwiedzi generał Daniel Caine, szef kolegium szefów sztabów sił zbrojnych USA. Generał Alexus Grynkewich, dowódca wojsk NATO w Europie, będzie rozmawiał z generałem Wiesławem Kukułą, szefem Sztabu Generalnego. Cywilną ścieżką polityczną wiceministrowie obrony Paweł Zalewski i Cezary Tomczyk udadzą się do Pentagonu. BBN z trudem, ale przyznaje, że nic nie wie o zmianach w umowie o wzmocnionej współpracy obronnej (EDCA) z 2020 r., regulującej rozmieszczenie wojsk USA w Polsce. Także MON nie uzyskało jakichkolwiek wyprzedzających informacji dotyczących zmian w harmonogramie przemieszczeń sił amerykańskich do Polski.

Chaos polityczno-decyzyjno-informacyjny to okazja do przypomnienia naszych realiów prawnych. Zasady pobytu obcych wojsk na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej reguluje ustawa z 1999 r., uchwalona po wejściu państwa do Organizacji Traktatu Północnoatlatyckiego (NATO), później kilka razy nowelizowana. Szczegóły ustalane są postanowieniami prezydenta RP z kontrasygnatą premiera. Standardowo odnawiane one były co pół roku, ostatnie opublikowane w Monitorze Polskim podpisali jeszcze Andrzej Duda z Donaldem Tuskiem, ale wygasło ono 31 grudnia 2025 r. Obejmowało zgodę na pobyt 6500 żołnierzy USA, a także 1050 kanadyjskich i brytyjskich. Od 1 stycznia 2026 r. kontynuacji postanowienia jawnego nie ma, natomiast 14 września 2025 r. Karol Nawrocki podpisał wraz z Donaldem Tuskiem zupełnie inne, które pozostało jednak utajnione. Jego celem jest wzmocnienie naszych sił zbrojnych w ramach NATO-wskiej operacji Eastern Sentry (Wschodnia Straż), będącej szybką odpowiedzią na wtargnięcie we wrześniu na polskie terytorium rosyjskich dronów. W każdym razie łączna liczba amerykańskich żołnierzy i pracowników cywilnych wojska od dłuższego czasu w Polsce oscyluje około 10 tysięcy, to liczba większa niż 6,5 tys. wpisywane do odnawianych co pół roku formalnych postanowień. Pozostała część stacjonuje na podstawie innych przepisów, na przykład obsada bazy antyrakietowej w pomorskim Redzikowie. Koniecznie trzeba przypomnieć, że za utrzymanie większości kontyngentu amerykańskiego płaci budżet Polski.

Planowa rotacja, zwłaszcza jednostek pancernych, od dawna krytykowana była przez amerykańskich wojskowych, przede wszystkim logistyków. Jedna licząca około 4 tysięcy żołnierzy brygada – właśnie taką zatrzymał obecnie sekretarz wojny – uzbrojona jest w około 80 czołgów Abrams, 125 wozów bojowych Bradley oraz 18 haubic Paladin, oczywiście z dużą liczbą różnych pojazdów wsparcia. Każda kosztowna i czasochłonna rotacja obciąża aż… trzy brygady – jedną przygotowującą się w macierzystym garnizonie w USA, drugą czynnie działającą w Polsce lub innym państwie Europy, oraz trzecią odtwarzającą gotowość po powrocie. Żołnierze amerykańscy przyjeżdżają do Polski dokładnie tak, jak nasi udają się na służbę w okresowych kontyngentach w różnych państwach. Naprawdę nadszedł już czas, żeby decydenci polityczni Stanów Zjednoczonych Ameryki i Rzeczypospolitej Polskiej wreszcie rozstrzygnęli, czy wojska amerykańskie mają osiąść u nas na stałe – wóz albo przewóz. W obecnych realiach personalnych mogliby o tym zdecydować jedynie Donald Trump i Karol Nawrocki, byłby to wreszcie jakiś konkretny pożytek dla Polski z ich wzajemnego ideologicznego nadskakiwania sobie. Przygotowana przez rząd ustawa w takiej sprawie wyjątkowo przeszłaby w Sejmie i Senacie większością przytłaczającą, zupełnie jak kiedyś ratyfikacja akcesji Polski do NATO. Niestety, szanse na taki konsensus pozostają niewiele większe od zera.