„Puls Biznesu”: Dysproporcje zarobków rosną czy maleją?
![PRZEPAŚĆ:
Różnica płac
między prostymi
stanowiskami
biurowymi
a poziomem
dyrektorów
jest w Polsce
czternastokrotna.
W Europie
Zachodniej
tylko czterokrotna
— mówi
Zbigniew
Dudziński
z Hay Group
Polska.
[FOT. TP] PRZEPAŚĆ:
Różnica płac
między prostymi
stanowiskami
biurowymi
a poziomem
dyrektorów
jest w Polsce
czternastokrotna.
W Europie
Zachodniej
tylko czterokrotna
— mówi
Zbigniew
Dudziński
z Hay Group
Polska.
[FOT. TP]](http://images.pb.pl/filtered/6a3e7392-6818-4dea-8d09-24d0a9a3dfb8/cef00546-c84e-5666-97fd-6c4e583377bf_w_830.jpg)
Zbigniew Dudziński z firmy doradczej Hay Group Polska: Wśród krajów OECD największe nierówności wynagrodzeń są w Grecji i Portugalii, a największy wzrost tych nierówności — w Grecji, Korei i USA. Jeszcze w 1960 r. w Stanach szef spółki giełdowej z czołowej „500” zarabiał średnio o 40 proc. więcej niż jego zastępca, teraz już o 250 proc. więcej. Dla zobrazowania rozkładu nierówności w wynagrodzeniach najlepszą miarą jest obserwowanie relacji średniej do mediany.
A jak jest w Polsce?
Polska jest pod tym względem na piątym miejscu wśród 34 krajów OECD. Kiedy szczegółowo badaliśmy różnice płac między najprostszymi stanowiskami (np. kasjer, kierowca) a wyższym poziomem dyrektorskim (np. dyrektor marketingu w dużej spółce), wyszło nam, że jest ona w Polsce 14-krotna. W krajach Zachodnich przeciętnie tylko 4-krotna (np. w Wielkiej Brytanii — 5-krotna, na Słowacji i w Czechach — 9-krotna, ale na Ukrainie już 21-krotna).
Dlaczego te różnice są u nas tak duże?
To bardzo proste zjawisko. Na najniższych poziomach, przy masowym rynku rekrutacji firmy płacą tyle, na ile je stać. A w Polsce dochód mamy kilkakrotnie niższy niż państwa zachodnie. Natomiast na stanowiskach dyrektorskich, na których pracuje wielu obcokrajowców, płaci się stawki zachodnie — także Polakom.
Można coś z tym zrobić?
Podwyższenie płac na niskich poziomach stanowisk jest nierealne, bo firmy ze względu na wysokie bezrobocie nie muszą tego robić. Płacą tyle, na ile ludzie się godzą. Natomiast ograniczenia na najwyższym poziomie oznaczają powrót do ustawy kominowej. A nie ma nic gorszego niż sfrustrowany lub tani szef. Rynek pracy jest takim samym rynkiem, jak przykładowo rynek telewizorów — im wyższa klasa ludzi/ telewizorów tym wyższa jakość. Jeśli firma chce mieć dobrych zarządzających musi im płacić dobrze. Ale co ciekawe – nierówności płac rosną w czasie kryzysu.
Dlaczego?
Bo wtedy im niższe stanowisko, tym człowiek więcej traci, często nawet pracę. A ci na najwyższych pozycjach osiągają nawet wyższe dochody niż w czasie dobrej koniunktury, bo są nadzieją poprawy. Z każdej recesji wyłania się nowy świat. Po ostatniej recesji w USA aż 60 proc. utraconych miejsc pracy dotyczyło średnio zarabiających, a wśród tworzonych na nowo aż 73 proc. dotyczyło mało zarabiających. Stąd bierze się polaryzacja zarobków, bo obecnych czasach w czasie recesji znikają średnie stanowiska i nie są odtwarzane. Zastępuje je technologia. Jest bardziej opłacalna niż ludzie.
Możemy liczyć na zrównanie naszych zarobków z zachodnimi? Od kilku lat nie ma realnych podwyżek płac.
Jeszcze w 1995 r. realny wzrost średniego wynagrodzenia wynosił u nas 4,5 proc., a teraz mamy już realny spadek o 1 proc. Przy stałym wzroście PKB i wydajności pracy oznacza to, że udział płac w produkcie krajowym brutto w Polsce jest coraz niższy. W latach 1995-2012 spadł aż o 11 pkt proc. najwięcej spośród krajów OECD. Największe ekonomiczne autorytety ubolewają nad tym, bo gospodarka ma, według nich, dobre perspektywy, potrzebuje wyższych wynagrodzeń i wzrostu optymizmu konsumenckiego, by ten zamienił się na jeszcze szybszy wzrost. I wiele rzeczywiście wskazuje na to, że powinniśmy zarabiać więcej. Ale tak się nie dzieje. Najbardziej prawdopodobnym „winowacją" jest technologia. Wygląda na to, że Polska, jak mało który kraj na świecie, nadaje się do zastępowania ludzi przez maszyny.
Przecież Polska jest jednym z najszybciej rozwijających się krajów w Europie.
Od 15 lat mamy kolejne kryzysy światowe. Właściciele firm konsolidują wtedy i ograniczają swoje interesy, mniej chętnie dzieląc się dochodami z pracownikami. Poza tym wzrost dochodu narodowego przy zatrzymaniu wzrostu, a nawet wręcz przy spadku wynagrodzeń, to nowa tendencja światowa. Od rewolucji przemysłowej XIX w. wynagrodzenia rosły szybciej niż wydajność. A my mamy pecha, bo od kilku lat to zjawisko się odwróciło. Mało tego — nie ma znaczącego wzrostu podaży pracy, dlatego popyt na pracownika wręcz spada. Nowe miejsca pracy powstają ostatnio powoli, a od 1989 do 2012 r. jest ich w Polsce nawet o 8 proc. mniej. Szacuje się, że 80 proc. przyczyny tego nowego zjawiska tkwi w rozwoju technologicznym, o czym już mówiłem. Wszystko wskazuje na to, że prawo ekonomiczne o stałej relacji pracy i kapitału w produkcie krajowym dalej obowiązuje, tyle że do równania obok kapitału i kategorii „praca” wszedł nowy czynnik: maszyny. Kapitał ma zasadniczo ciągle ten sam udział i więcej nie zarobi wbrew obiegowym opiniom, ale część dochodów pracy zabierają teraz maszyny i robią to w coraz szybszym tempie. Mimo pozorów poprawy perspektyw na rynku pracy nie ma uzasadnienia dla żądań podwyżek i rokowania na przyszłość też nie są najlepsze. Musimy zaakceptować to, że rynek pracy i płacy jest już inny niż kiedyś.