Rozkwit wolontariatu w Brukseli - ulga dla uchodźców

DI, PAP
26-12-2015, 12:05

Podczas gdy politycy debatują o ich relokacji czy konieczności zatrzymania poza UE, oni widzą w nich ludzi potrzebujących wsparcia. Czasem to propozycja kolacji, czasem noclegu - dzięki wolontariuszom uchodźcy nie muszą już tułać się po Brukseli.

Wśród wolontariuszy są osoby bogate, takie, które bez wątpienia osiągnęły sukces życiowy, ale są też dopiero stający na własne nogi. Pochodzą z wielu krajów, wyznają różne religie albo nie wierzą wcale. Łączy ich jedno - wrażliwość, która nie pozwala patrzeć obojętnie na cierpienia innych ludzi.

"Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby ktoś się tak cieszył ze starego telefonu" - opowiada PAP mieszkająca w Brukseli Polka Ewelina Kawczyńska. Uchodźcom zaczęła pomagać kilka miesięcy temu.

Telefon za jej pośrednictwem dostał Shedwan, uchodźca z syryjskiego Aleppo. Aparat, który zalegał na dnie szuflady koleżanki Eweliny, kompletnie zmienił sposób, w jaki Shedwan funkcjonuje. Jego poprzedni telefon został skradziony, co oznaczało, że nie miał dostępu do internetu i nie mógł kontaktować się z bliskimi.

Syryjczyk dostał się do belgijskiej stolicy wraz z poznaną podczas tułaczki Raną, również uciekinierką z Syrii, i jej dwójką dzieci. Gdy cała czwórka nie miała gdzie się podziać, Ewelina wynajęła dla nich hotel i ogłosiła na swoim Facebooku zbiórkę na ten cel. Dzięki wpłatom od znajomych udało się jej opłacić nocleg aż do chwili złożenia wniosku o azyl i zakwaterowania uciekinierów w ośrodkach rządowych.

Problem ze schronieniem nabrzmiał wraz ze wzrostem liczby przybywających do Belgii uchodźców już kilka miesięcy temu. We wrześniu przed Federalnym Urzędem do spraw Cudzoziemców w Brukseli stało prowizoryczne miasteczko namiotowe, a uchodźcy egzystowali w urągających godności ludzkiej warunkach w parku. Do czasu złożenia podania dla systemu nie istnieją, nie przysługuje im żadna pomoc ani tym bardziej nocleg. A kolejka do rozpatrywania wniosków jest długa - trzeba czekać od kilku do kilkunastu dni. Wszystko przez to, że dzienny limit przyjęć w urzędzie to 250 osób, a belgijskie władze mimo apeli nie chcą go zwiększyć.

Dziurę w systemie załatał częściowo Czerwony Krzyż, który zorganizował w biurowcu World Trade Center przytułek dla uchodźców. W budynku jest około tysiąca miejsc. Przed wejściem ochrona, na parterze stołówka, w pomieszczeniach biurowych piętrowe łóżka. Wieczorem spory ruch przy przygotowanej przed wejściem budce ze stanowiskami do ładowania telefonów.

Tym, dla których nie starcza tam miejsca, przychodzą z pomocą ludzie dobrej woli. Jednym z nich jest Ahmed Ben Abderrahman, Marokańczyk, który prowadzi w Brukseli trzygwiazdkowy Hotel Mozart. Mężczyzna przyjeżdża pod centrum Czerwonego Krzyża i zabiera wieczorami po kilku uchodźców, by zaoferować im kolację, prysznic i nocleg. "Solidarność to bardzo ważna dla mnie rzecz. Jeśli robimy coś dobrego dla innych, robimy coś dobrego dla nas samych i Bóg nam sprzyja" - tłumaczył w jednym z wywiadów.

Marokańczyk jest rozczarowany, że uchodźcom nie pomagają bogate kraje Zatoki Perskiej takie jak Arabia Saudyjska. "Oni mają pieniądze, to ten sam język, ta sama kultura. Dlaczego ich nie przyjmują? Islam naucza, że należy pomagać" - nie kryje rozgoryczenia biznesmen.

Dzięki zaangażowaniu wolontariuszy w Brukseli powstała świetlica dla starających się o azyl. Choć wnętrze nieużywanych magazynów Maximilian Hall jest bardzo skromne, oferuje uchodźcom możliwość spędzenia wolnego czasu czy skorzystania z podstawowej opieki lekarskiej.

Wewnątrz prowadzona jest kuchnia, szkoła dla dzieci, a wieczorami na pożółkłej ścianie wyświetlane są filmy z rzutnika. "Odwiedza nas codziennie od 100 do 150 osób, w większości z Afganistanu" - powiedział PAP Kory, uchodźca z irackiego Mosulu. Jego miasto w czerwcu 2014 r. zostało przejęte przez dżihadystów z Państwa Islamskiego.

Mówiący biegle po angielsku 21-latek od trzech miesięcy czeka na rozpatrzenie wniosku o azyl. Pomagać zaczął już w parku, gdzie nowo przybyli koczowali przed urzędem ds. cudzoziemców.

W świetlicy obowiązują ścisłe reguły. Nie wolno pić alkoholu ani palić. Każdego wchodzącego odnotowuje recepcja. Każdy dostaje też specjalną przepustkę. "Do teraz wydaliśmy ich ponad 1,3 tys." - pokazuje specjalny notes Isadora, 21-letnia studentka z Brazylii, recepcjonistka w Maximilian Hall.

Dla niej włączenie się w pomoc dla uchodźców po przejeździe na wymianę do Belgii było czymś naturalnym. Wcześniej działała w ramach organizującego wolontariaty stowarzyszenia AIESEC, ale do pracy z uchodźcami trafiła przez media społecznościowe.

Z niewielkiej facebookowej grupy osób wspierających uchodźców w Belgii w ciągu kilkunastu tygodni powstała licząca prawie 4 tysiące osób międzynarodowa społeczność. Cały czas organizują nowe akcje, które zasięgiem wykraczają nie tylko poza Brukselę, ale też poza Belgię. Dzielą się zadaniami: ktoś odpowiada za zbieranie ciepłych ubrań, ktoś za transport, jeszcze inni za szukanie schronienia.

Pracy mają cały czas bardzo dużo. Tylko w listopadzie w Belgii zarejestrowano 4199 wniosków o azyl. Dla porównania w kwietniu było ich 1289.

"Wiadomo, że są wśród nich migranci ekonomiczni, którzy chcą wykorzystać sytuację i podnieść swój standard życia, przenosząc się na Zachód" - nie ma wątpliwości Ewelina. Wskazuje jednak, że służby szczegółowo weryfikują wnioski o azyl, włącznie ze sprawdzaniem historii danej osoby w mediach społecznościowych. Jeśli uznają, że komuś nie przysługuje międzynarodowa ochrona, zostanie odesłany.

Pomaganie uchodźcom wiąże się ze sporym zaangażowaniem emocjonalnym. Kontakt z osobami, które dzielą się z wolontariuszami swoimi traumatycznymi przeżyciami, może być bardzo obciążający psychicznie. Tragiczna jest historia 70-letniego Irakijczyka, którego wraz z grupą 40 innych osób Ewelinie udało się zakwaterować na weekend w szkole jogi swojej amerykańskiej koleżanki.

Żona mężczyzny zmarła w ubiegłym roku, a jego brat i dzieci zostali zabici przed kilkoma miesiącami. "Ludzie się wypalają, dlatego cały czas potrzebni są nowi wolontariusze" - opowiada Ewelina.

Sama też mocno przeżywa to, co dzieje się z "jej Syryjczykami", jak określa rodzinę, którą się opiekuje od dłuższego czasu. Shedwan i Rana nie są małżeństwem, dlatego po złożeniu aplikacji azylowej machina urzędnicza ich rozdzieliła. Kobieta wraz z dwójką dzieci trafiła do koedukacyjnego ośrodka w Brukseli. Jej partner do oddalonego o 60 km Charleroi.

Rana, a także jej 12-letnia córka, były zaczepiane przez mężczyzn. "W ich kulturze kobieta po rozwodzie jest nikim" - podkreśla Ewelina. Syryjka bała się, że ona lub jej córka zostanie zgwałcona. Z pomocą przyszła znajoma Eweliny, która zaoferowała nocleg u siebie. "To jest takie cudowne, kiedy tyle osób chce pomagać. W pewnym momencie +moja rodzina+ miała tyle zaproszeń na kolacje czy obiad, że nawet nie mieli czasu, żeby z nich skorzystać" – śmieje się wolontariuszka.

Ewelina cały czas przegląda posty wrzucane przez będących w grupie. "Dostaję też czasami wiadomości typu: +pomagasz wrogom+" - przyznaje. Nie zamierza się jednak przejmować tymi komentarzami, bo wie, że postępuje słusznie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: DI, PAP

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Świat / Rozkwit wolontariatu w Brukseli - ulga dla uchodźców