Obcinając wbrew oczekiwaniom wszystkie stopy procentowe już w październiku Rada Polityki Pieniężnej (RPP) pokazała, że ufa zapowiedziom Grzegorza Kołodki, ministra finansów. To decyzja ryzykowna, choć zdaje się, że RPP uważa, iż warto to ryzyko podjąć.
Z makroekonomicznego punktu widzenia sprawa jest jasna — stopy mogą być niższe. Inflacja jest bardzo niska, a być może będzie jeszcze niższa. Spadają także oczekiwania inflacyjne. Niewyraźne oznaki ożywienia przemawiają za dalszą stagnacją w popycie krajowym i zagranicznym. Nie ma więc — i długo nie będzie — presji na wzrost cen.
W takiej sytuacji decyzje RPP stają się tylko i wyłącznie grą pod konwergencję. Polska w bliskiej perspektywie stanie się członkiem Unii Europejskiej, później strefy euro. To oznacza, że rynkowe stopy procentowe będą spadały aż w okolice poziomów oprocentowania w UE. RPP musi w związku z tym także obniżać stopy, by nie powstał rozdźwięk między oprocentowaniem nominalnym (zależnym od RPP) a realnym (rynkowym).
Pozostaje kwestia tempa. To zaś zależne jest od jedynego obecnie zagrożenia dla stabilności makroekonomicznej — polityki fiskalnej. Grzegorz Kołodko obiecuje, że w 2003 r. dojdzie do poważnej reformy finansów publicznych. Jeśli tak będzie, sfera budżetowa nie będzie stanowić zagrożenia dla inflacji i stabilności. Problemy pojawią się, jeśli — wzorem swoich poprzedników — minister Kołodko słowa nie dotrzyma.
Wczorajszą decyzją RPP pokazała, że ufa ministrowi. Może jej członkowie wiedzą o czymś, o czym my nie wiemy. Bo z naszego punktu widzenia nie ma podstaw, by wierzyć w słowa ministra. Choć z drugiej strony niekonsekwencja poprzedników nie może być jedynym argumentem przeciwko niemu. I pewnie z tego założenia wyszła wczoraj RPP. Gratulujemy odwagi. Piłka znalazła się na połowie Grzegorza Kołodki. Może warto zagrać fair, Panie Ministrze, i przy okazji zapisać się na kartach historii jako reformator finansów publicznych? W końcu wybory prezydenckie mamy dopiero za dwa lata. Z kampanią jeszcze się zdąży...