W finansach znane jest zjawisko zwane „runem na banki” (od ang. run – biec). Oznacza ono sytuację, w której klienci zgłaszają się masowo po gotówkę, uniemożliwiając bankom jej wypłacenie. Teraz podobne zjawisko, choć oczywiście nie o tak niszczącym potencjale, obserwujemy w światowym przemyśle. Firmy na wielką skalę budują zapasy, bojąc się o płynność dostaw. Ten popyt dokłada się jednak do braków na rynku i zaburzeń w dostawach. Taki wniosek można wysnuć z najnowszej publikacji badań PMI, które rysują pozytywny, choć pełen turbulencji obraz sytuacji w światowym przemyśle.
Indeksy PMI na świecie wskazują na solidną koniunkturę. W Polsce i strefie euro PMI wzrósł w listopadzie, w USA utrzymał się na podobnym poziomie co w październiku, a w Chinach lekko się obniżył, ale bez oznak głębokich problemów (niedawno pisałem, że spokojne spowolnienie w Chinach może być dobre dla światowej gospodarki). Widać to na załączonych wykresach. Firmy raportują solidny napływ nowych zamówień, ale jednocześnie duże opóźnienia w dostawach i wysokie wzrosty cen.

Największą uwagę w raportach firmy Markit, która przygotowuje badania PMI na świecie, zwracają informacje o rekordowym tempie przyrostu zapasów komponentów do produkcji. W Europie przyrost ten jest najwyższy od 1997 r., czyli od początku badań.
W przypadku Polski analitycy Markit piszą tak: „Firmy starały się kupować towary, gdy tylko było to możliwe, aby zniwelować wpływ inflacji i niedoborów podaży w nadchodzących miesiącach. Wzrost zakupów odnotowano dwunasty miesiąc z rzędu, a firmy sygnalizowały, że znaczna część ich obecnej aktywności zakupowej ma na celu wzmocnienie zapasów. Według najnowszych danych wzrost netto zapasów środków produkcji i półfabrykatów był najsilniejszy w ponad 23-letniej historii badań”.
Duży popyt na zapasy może być częściowo zjawiskiem przejściowym, a częściowo trwałym.
Firmami na pewno kierują obawy o płynność produkcji, starają się więc w takich warunkach utrzymywać podwyższony poziom zapasów. To oczywiście sprawia, że towarów brakuje.
Jednocześnie jednak następują istotne trwałe zmiany w sposobie funkcjonowania łańcuchów dostaw (pisaliśmy o nich w analizach wiele miesięcy temu). Model just-in-time, w którym towar przyjeżdża od dostawcy niemal dokładnie w momencie, gdy jest potrzebny na linii produkcyjnej, zmienia się powoli w model just-in-case, w którym firmy utrzymują podwyższony stan zapasów. Efektywność ustępuje bezpieczeństwu.
Kiedy ten run na towary ustąpi? Nieprędko, raczej nie w ciągu najbliższych sześciu miesięcy. Markit raportuje, że czas dostaw wciąż się pogarsza, a ceny komponentów rosną. Widać jednak też pewne sygnały poprawy, sugerujące, że przynajmniej częściowo napięcia mogą zacząć ustępować. Na przykład w Chinach czas dostaw zaczyna się poprawiać. W USA firmy raportują rosnący optymizm dotyczący najbliższej przyszłości, wynikający m.in. z nadziei na odblokowanie dostaw. Widać też spadki cen wielu surowców, jak stal, aluminium, węgiel. Są to jakieś światełka w tunelu.