Ruszają rozmowy z UE o redukcji ceł

Inga Rosińska
opublikowano: 2002-04-12 00:00

Bruksela namawia Polskę na otwarcie granic dla unijnej wołowiny, mleka i wina. W poniedziałek rusza kolejna runda rozmów o liberalizacji handlu, tzw. podwójna korzyść. Nowe stawki celne najwcześniej pojawią się po nowym roku.

Co setny talerz płatków owsianych, zjadany przez obywatela UE, będzie już wkrótce pochodzić z Polski. Tak się stanie, jeżeli polscy negocjatorzy zgodzą się na propozycje Unii. Bruksela proponuje ostrożne otwieranie rynku tych produktów, które są uznawane za najbardziej wymagające ochrony przed konkurencją ze strony UE. Polska dostałaby prawo do sprzedaży na unijny rynek około 1 proc. rocznej konsumpcji mieszkańców „piętnastki” 13 produktów z listy. Chodzi m.in. o jogurty, wodę mineralną, wyroby czekoladowe. Wszyscy kandydaci do UE dostaliby natomiast do podziału 2 proc. unijnego spożycia tych produktów. W zamian unijni producenci mogliby eksportować na nasz rynek w bezcłowym kontyngencie 2 proc. konsumpcji Polaków.

Od powodzenia poniedziałkowych rozmów zależy, kiedy polscy producenci mięsa wołowego, produktów mlecznych czy wina będą musieli stawiać czoła unijnej konkurencji. Do grupy towarów, które nie zostały objęte do tej pory liberalizacją, należy kilka gatunków zboża. Unijni negocjatorzy spodziewają się, że Polska nadal może sprzeciwiać się liberalizacji. Taką opcję — ich zdaniem — prezentuje Jarosław Kalinowski, wicepremier i minister rolnictwa, który twierdzi, że przy braku pełnych dopłat do rolnictwa w pierwszych latach członkostwa Polsce należą się inne instrumenty, gwarantujące równe prawa i ochronę polskich producentów.

Zdaniem Władysława Serafina, szefa Krajowego Związku Kółek Rolniczych, odejście od wysokich stawek celnych jeszcze przed rozszerzeniem jest dobrym pomysłem na uniknięcie szoku, ale pod warunkiem, że państwo zagwarantuje w budżecie subwencjonowanie wrażliwych produktów.

Chociaż unijni urzędnicy nazywają spór „filozoficznym”, ma on realne ekonomiczne podstawy. Polski rząd musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy lepiej jak najdłużej chronić polski rynek żywności, utrzymując zaporowe cła, czy też lepiej zdecydować się już teraz na stopniową liberalizację. Bruksela przekonuje, że opóźnianie rozmów obraca się przeciwko Polsce. Po wejściu do UE cła muszą zniknąć i wtedy polscy producenci będą narażeni na gwałtowną zmianę.

— Jeżeli Polska zniesie cła, będzie więcej eksportować i w ten sposób zredukuje deficyt w handlu z UE — twierdzi Gregor Kreutzhuber, rzecznik komisarza ds. rolnictwa.

Na stopniową liberalizację nie pozostaje dużo czasu. Zdaniem unijnych urzędników, najbardziej prawdopodobny termin wejścia w życie umowy to pierwszy stycznia 2003 r. Daje to tylko rok na dostosowanie — przy optymistycznym założeniu, że Polska znajdzie się w UE w 2004 r.