Jeśli można mieć coś za darmo, to po co płacić? To słuszne przekonanie sprawiło, że jeszcze w zeszłym roku Polska była wśród największych maruderów pod względem pozyskiwania przez firmy pieniędzy z tzw. planu Junckera oraz z unijnego Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko.



— Polskie firmy przyzwyczaiły się po prostu do grantów, czyli pomocy bezzwrotnej. Polska jest największym w Unii beneficjentem takiej pomocy, ale wielkich inwestycji w ten sposób sfinansować się nie da. Przy wielkich projektach trzeba już sięgnąć po pomoc zwrotną, czyli kredyty, np. w ramach planu Junckera. Wymagało to pracy, ale zrobiliśmy w tym obszarze wielki krok naprzód — mówi Witold Słowik, wiceminister rozwoju.
Trzy umowy w drodze
Dziś, jak chwali się Ministerstwo Rozwoju, Polska ma szóste miejsce pod względem wartości zatwierdzonego wsparcia w ramach planu Junckera, a w ramach POIiŚ zakontraktowała już 58 proc. dostępnych funduszy.
— Jeszcze rok temu wyglądało to źle, wręcz tragicznie — przyznaje Witold Słowik. Na uwagę zasługuje zwłaszcza skok w wykorzystaniu pieniędzy z planu Junckera. To program, za pomocą którego Komisja Europejska chce ożywić inwestycje w Europie i zakłada, że uda się w ten sposób uruchomić projekty o wartości 315 mld EUR (81 proc. tego celu już zostało zrealizowane). Nie ma w tym planie podziału na budżety narodowe, do wykorzystania przez poszczególne państwa. Państwa konkurują więc pomiędzy sobą, co Polsce wychodziło dotychczas słabo. Teraz jest lepiej, a tzw. zatwierdzone wsparcie dla polskich inwestycji wynosi 2,52 mld EUR.
— Na początku 2018 r. podpisane zostaną kolejne trzy umowy na wsparcie: z BGK, z PKP Linią Hutniczą Szerokotorową i z Warszawskim Uniwersytetem Medycznym. Na etapie oceny jest jeszcze 17 inwestycji — zapowiada Witold Słowik. W ramach POIiŚ Polska zakontraktowała już 62,5 mld zł dofinansowania. Witold Słowik podkreśla, że to więcej, niż wynosiły rządowe plany na ten rok.
Węgla już nie chcą
Pieniędzmi pochodzącymi z planu Junckera zarządza, na poziomie europejskim, Europejski Bank Inwestycyjny (EBI).
— Początki były powolne, bo potrzebowaliśmy czasu, by dotrzeć do potencjalnych klientów. Firmy nawet nie wiedziały, że się kwalifikują do wsparcia. W marketingutych rozwiązań pomogło nam ministerstwo — mówi Piotr Michałowski, szef warszawskiego oddziału EBI. Zielone światło od EBI, w ramach planu Junckera, dostały już 24 projekty. Ich profil jest różnorodny, bo mowa o przedsięwzięciach prywatnych i publicznych, spożywczych i energetycznych, związanych z tradycyjną produkcją i czysto cyfrowych.
— Jesteśmy też otwarci na rozmowy np. o morskich farmach wiatrowych czy elektrowni atomowej — wskazuje Piotr Michałowski. Początkowo na liście rządowych propozycji do planu Junckera były też projekty węglowe, ale już ich nie ma.
— EBI nie finansuje bowiem projektów, które charakteryzuje emisyjność wyższa niż 550 g dwutlenku węgla na kilowatogodzinę. Rozmawiamy natomiast chętnie o projektach koksowniczych — mówi Piotr Michałowski.