Rynek Główny 15

  • Aleksander Krawczuk
opublikowano: 30-04-2010, 00:00

Krakowska kamienica przy Rynku, linia EF, prawie naprzeciw kościółka św. Wojciecha, nie wyróżnia się architektonicznie, może tylko balkonem na pierwszym piętrze. Mimo to jest obecnie bardzo znana. I to nie tylko w Polsce.

Sławę kamienica zawdzięcza temu, że obecnie całą ją zajmuje znana restauracja. Napis nad wejściem głosi dumnie: Wierzynek 1364. Historycznie rzecz biorąc, trochę to naciągane. Owszem, bogaty mieszczanin krakowski — nazywał się Wirsing — wydał wspaniałą ucztę podczas zjazdu monarchów w Krakowie. Nie wiadomo jednak, w której kamienicy się odbyła. Na pewno nie w tej. Wierzynek nawet w niej nie mieszkał, nie był jej właścicielem. I oczywiście nie założył żadnej restauracji. Ta nosząca dziś jego imię powstała dopiero po II wojnie. Najpierw w kamienicy sąsiedniej, nr 16, później rozszerzyła się również na nr 15.

 

Lecz i bez owej legendy dom ten, jak wszystkie w dawnym Krakowie, ma bogatą i godną uwagi przeszłość. Wzniesiono go w połowie wieku XV. Potem wielokrotnie przebudowywano — czy to wskutek pożarów, czy też podnosząc piętra i adaptując wnętrza do różnych celów. W pewnym okresie była to jedyna przy Rynku kamienica czteropiętrowa. Miała kolejno różnych właścicieli. Były to przez kilka wieków krakowskie rody kupieckie, niemieckie i włoskie: Derjakubowiczów, Krugelów, Pinoccich, Dzianottich. W lutym roku 1846 to z jej okien strzelił do wkraczających wojsk austriackich właściciel mieszczącej się tu traktierni Antoni Focht.

Przede wszystkim jednak przez wszystkie stulecia, od początku aż po drugą połowę wieku XX, była to kamienica zamieszkiwana przez lokatorów, podobnie jak inne przy Rynku. Tu przeżywały swe radości i dramaty kolejne pokolenia. Niektóre rodziny trwały tu przez kilka generacji.

 

Mam przed sobą wykaz lokatorów z roku 1890, a więc sprzed 120 lat. To spis urzędowy, przygotowany z typową galicyjską sumiennością, piętro po piętrze, budynek frontowy i oficyna. Nazwiska i imiona głównych lokatorów oraz członków rodziny, miejsce i rok urodzenia, zawód, wyznanie, liczba pokoi, liczba służby. Nie podaje się tylko narodowości — wszyscy bowiem byli poddanymi Najjaśniejszego Pana na tych samych prawach.

Studium owego spisu dla tylko jednej, typowej kamienicy to niezwykle pouczająca lektura dla socjologa i historyka. A jak interesująca byłaby praca oparta na przebadaniu podobnych spisów z kilku dziesięcioleci również pozostałych kamienic wokół Rynku! Owszem, istnieją bardzo cenne opracowania historii Rynku i jego kamienic, jednak zajmują się głównie architekturą, właścicielami, ważnymi wydarzeniami. Chodzi wszakże o zwyk -łych mieszkańców.

 

Oto lokatorzy budynku frontowego. Pierwsze piętro zajmuje bankier: 7 pokoi, żona i syn, dwie służące. Drugie, także 7 pokoi, adwokat, jego żona, dwie córki, trzy służące. Trzecie — dwa mieszkania, każde po trzy pokoje z kuchnią. W jednym wdowa z trzema córkami i dwoma synami, w drugim urzędnik miejski, żona, czterech synów, dwie służące. Dziś piętro I i II może odwiedzić każdy, są to bowiem sale dla gości restauracji, na trzecim mieszczą się biura. Układ pokoi jest na wszystkich piętrach podobny, jak też piękny widok z okien na Rynek, Sukiennice, kościółek św. Wojciecha i Bazylikę Mariacką. Najwspanialszy jest jednak widok z piętra III.

 

Tak, centrum miasta, ogromne pokoje, prawie komnaty, widok na Rynek, ale... Wszystkie mieszkania ogrzewane były piecami kaflowymi (niegdyś na pewno kominkami). Po węgiel schodziło się do piwnicy, prawie dwa piętra pod obecnym poziomem ulicy. Dziś mieści się tam szatnia dla gości. Służące rzeczywiście miały co robić! Tym bardziej że kuchnie były też tylko na węgiel. Co jednak najgorsze, najkłopotliwsze i wręcz wstydliwe: w żadnym mieszkaniu nie było ani toalety, ani łazienki! Te pierwsze znajdowały się w oficynie dla całego piętra; biegało się tam ganeczkiem. A łazienki? Były w pokojach umywalki, to jest miedniczka i dzban wody, a do kąpieli służyły przenośne, lekkie, cynowe półwanny, o ładnej nazwie galicyjskiej "sitzbad". Tak samo rzecz przedstawiała się we wszystkich starych kamienicach starego Krakowa. W gruncie rzeczy warunki sanitarne jak w średniowieczu. Może nawet gorsze, wówczas bowiem działał liczny cech łaziebników.

Rodziny jednak były wielodzietne. W obu mieszkaniach piętra III łącznie dziewięcioro potomstwa. Było więc tłoczno nawet w tak dużych pokojach.

Urodziłem się w jednym z nich w 32 lata po przedstawionym tu spisie mieszkańców. Moi dziadkowie zajęli oba mieszkania tego piętra gdzieś około roku 1900. Zapewne łączyły ich jakieś bliższe kontakty, znajomość, może nawet powinowactwo z Leoną Parvi, ową wdową z pięciorgiem dzieci, zajmującą jedno z mieszkań. Wiadomo zresztą, że radziła sobie dzielnie, prowadząc dobrą szkołę tańca. Dziadkowie zaludnili piętro sześciorgiem dzieci: dwóch synów zginęło w I wojnie światowej. Lecz moi rodzice mieli już tylko troje potomstwa.

 

Pierwszych dziesięć lat mego życia to właśnie tamto mieszkanie — i takie właśnie warunki. Wspaniałe przestrzennie i bardzo średniowieczne pod innymi względami. Dziecku to oczywiście nie przeszkadzało. Dopiero później dowiedziałem się o jeszcze jednym fakcie związanym z tym piętrem. Poprzednia lokatorka, owa pani Parvi, z domu Rogowska, była ciotką Stanisława Wyspiańskiego, a jej dzieci jego prawie rówieśnikami.

Bywał tu więc często i to nie tylko jako gość. Pracował w tych niemal komnatach, znajdując tu odpowiednio wiele miejsca dla rozkładania swych rysunków i projektów. A ja bawiłem się tam beztrosko, nieświadom, że stosunkowo tak niedawno autor "Wesela" przesiadywał tu godzinami, patrzył dokładnie z tych samych okien na ten sam Rynek.

Ten zaś w zasadzie prawie się nie zmienił. Inny bruk, wtedy były tylko "kocie łebki". Odbywały się targi, na które zjeżdżały chłopskie furki ze wsi podkrakowskich i nawet górskich. Jako chłopiec jeszcze je oglądałem. Z ciekawością. Budynki jednak przetrwały te same, przynajmniej zewnętrznie, ładnie odnowione, podobnie jak Sukiennice.

Wtedy nawet nie myślano o planowej rewaloryzacji. Za moich czasów wokół Rynku szły linie tramwajowe, Wyspiański mógł oglądać tylko tramwaj konny. Zmieniły się oczywiście sklepy, np. z dawnych trzech aptek przy Rynku pozostała jedna. Przetrwała natomiast, i to od roku 1610, w tym samym miejscu, księgarnia, naprzeciw wieży ratuszowej. Miała różnych właścicieli, za czasów Wyspiańskiego i potem był to Gebethner, obecnie spółka Matras. Zawsze jednak księgarnia!

 

Pozornie więc wszystko tak samo, a nawet lepiej i piękniej niż za mojego dzieciństwa i kiedy patrzył na Rynek Wyspiański. A jednak zaszła zmiana ogromna, zasadnicza. Nie zdają sobie z niej sprawy nie tylko turyści, co zrozumiałe, lecz nawet rodowici krakowianie. Otóż Rynek w pewnym sensie umarł. Nie dlatego, że nie odbywają się już na nim regularne targi. Najistotniejsze jest to, że prawie wszystkie kamienice są niezamieszkane. Podzieliły los mojej. Zostały zajęte przez banki, biura, domy handlowe, urzędy, restauracje. Są i pozostaną martwe.

Jak niewielu może się dziś pochwalić: Tu się urodziłem, tu wychowałem, to mój dom rodzinny!

 

Oczywiście, to umieranie dokonało się w sposób naturalny, z przyczyn zrozumiałych. Wprawdzie wszystkie kamienice stopniowo zmodernizowano, warunki mieszkaniowe stały się pod każdym względem nowoczesne, pogorszyły się natomiast stokrotnie te zewnętrzne. Nieustanny hałas dniem i nocą, ciągłe imprezy czynią życie tu prawdziwie nieznośnym.

Wyludnianie się ścisłych centrów metropolii to zresztą zjawisko powszechne, ogólnoświatowe.

A jednak żal. Stało się to tak szybko, za życia zaledwie dwóch pokoleń, za mojego życia. Kto zechce odwiedzić Wierzynka — oczywiście warto — rozglądając się po wspaniałych pokojach, winien pamiętać: na pewno nie ucztowali tu monarchowie, ale za to przez kilka wieków tętniło tu normalne, rodzinne życie wielu pokoleń. l

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Aleksander Krawczuk

Polecane