Rynek nie chce drogiego prądu

Agnieszka Berger
opublikowano: 2002-03-14 00:00

Nie rozwiązany problem kontraktów długoterminowych i sprzeczne z prawem naciski dystrybutorów prądu to, według spółek obrotu energią, największe bariery uniemożliwiające rozwój wolnego handlu. Zasada TPA, zapewniająca dużym odbiorcom energii swobodę wyboru dostawcy, obowiązuje głównie na papierze.

Od 1 stycznia 2002 r. około 600 największych w kraju odbiorców energii elektrycznej ma prawo do swobodnego wyboru dostawcy. Spółki obrotu energią, które dotychczas z mizernym skutkiem walczyły z dystrybutorami o nielicznych odbiorców uprawnionych, mają nadzieję, że radykalne poszerzenie grupy potencjalnych klientów przyniesie rewolucję. Nadal jednak tylko nielicznym udaje się przejąć dużych odbiorców prądu od spółek dystrybucyjnych. O przyczynach nikt nie chce mówić otwarcie. Nie ma jednak wątpliwości, że podstawową barierą jest nie rozwiązany wciąż problem energetycznych kontraktów długoterminowych, który sprawia, że coraz powszechniej obowiązująca zasada TPA pozostaje martwym prawem.

Kontrakty długoterminowe (KDT) między producentami energii a Polskimi Sieciami Elektroenergetycznymi (stanowiące zabezpieczenie kredytów elektrowni), wiążą około 60 proc. krajowej sprzedaży. Z PSE prąd trafia do spółek dystrybucyjnych (w postaci tzw. MIE, czyli minimalnej ilości energii). Ostatecznie zaś za drogą energię płacą ich klienci.

Problem w tym, że zgodnie z zasadą TPA coraz większa grupa odbiorców nie musi kupować prądu od macierzystych dystrybutorów. Może zrezygnować z ich usług, a w zamian skorzystać z którejś z licznych ofert prywatnych spółek obrotu. I tu jak bumerang wraca MIE.

— Kiedy uprawniony odbiorca postanawia zmienić dostawcę energii, dystrybutor żąda od niego przejęcia drogiego MIE, uzależniając od tego podpisanie umowy na przesył energii. Zawarcie takiej umowy jest warunkiem korzystania z dobrodziejstw wolnego rynku. Niestety, konieczność zakupu MIE czyni kontrakt z nowym dostawcą całkowicie nieatrakcyjnym — mówi anonimowy przedstawiciel jednej ze spółek obrotu.

— Żądania dystrybutorów są całkowicie bezprawne. Problem w tym, że nie ma szans wyegzekwować przestrzegania prawa. Jedyna droga prowadzi przez salę sądową. Na wyrok trzeba by jednak czekać latami. Dlatego wiele spółek obrotu bierze na siebie żądania dystrybutorów i decyduje się dopłacać do interesu, żeby tylko nie stracić klienta. Ci, którzy na to nie poszli, nie zdołali podpisać ani jednego kontraktu — dodaje nasz rozmówca.

— Wysokość tzw. MIE jest określona decyzją prezesa Urzędu Regulacji Energetyki i stanowi istotny element taryfy PSE, służący do pokrycia kontraktów długoterminowych. MIE jest proporcjonalnie rozkładane na wszystkie zakłady energetyczne. Odchodzenie od obowiązku zakupu MIE przez dużych odbiorców pragnących zmienić dostawcę spowodowałoby nadmierne obciążenie pozostałych klientów bądź straty dystrybutorów — wyjaśnia Jan Noworyta, wiceprezes PSE.

Takie uzasadnienie jest, według spółek obrotu, całkowicie pozbawione podstaw prawnych.

— Jeśli taka praktyka ma obowiązywać nadal, kwestia MIE wymaga usankcjonowania. Wiadomo, że za drogą energię ktoś musi zapłacić, ale na czytelnych zasadach i zgodnie z prawem. W przeciwnym razie wkrótce do sądów trafią pozwy przeciwko dystrybutorom — zapowiada przedstawiciel jednej z firm obrotu.