Ostatnie dane z rynku pracy za maj skłoniły wielu analityków do obwieszczenia początku spowolnienia gospodarczego w Polsce, a może nawet recesji. Dane w niektórych aspektach są rzeczywiście słabe. Realny wzrost wynagrodzeń np. po raz pierwszy od dawna był ujemny, co niewątpliwie przełoży się na osłabienie dynamiki popytu konsumpcyjnego. Ja w danych nie dostrzegam wyraźnych symptomów ograniczenia popytu na pracę, co rzeczywiście mogłoby świadczyć o zjawiskach recesyjnych. Możliwe, że zrobiliśmy pierwszy mały krok w kierunku recesji, ale to jest krok bardzo mały.

W maju wzrost przeciętnego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw wyniósł 13,5 proc. rok do roku wobec 14,1 proc. w kwietniu. Rynek oczekiwał wyraźnie wyższego wyniku. Co ważne — po raz pierwszy od wiosny 2020 r. roczny wzrost płac po korekcie o inflację jest ujemny. Nie licząc okresu załamania w czasie pandemii, jest to pierwszy taki przypadek od 2012 r. Wzrost zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw wyniósł 2,4 proc. rok do roku, też mniej od oczekiwań i nieco mniej niż w kwietniu (2,8 proc.). Jest to pierwsza od dawna sytuacja, kiedy informacje z rynku pracy zaskakują ewidentnie negatywnie.
Proponuję jednak spojrzeć na to z innej strony. Zmiany miesięczne wynagrodzenia i zatrudnienia wciąż nie wskazują na jakieś gwałtowne odwrócenie trendów wzrostowych. Pokazuję to na wykresie. W maju nominalne wynagrodzenie po wyrównaniu sezonowym wzrosło aż o 1,4 proc. wobec kwietnia, a zatrudnienie o 0,1 proc. To wciąż są bardzo wysokie odczyty.
Bardzo możliwe, że przeszliśmy już górkę cyklu i teraz będziemy obserwowali coraz słabsze wyniki. Popyt na pracę może stopniowo hamować, a wraz z nim presja płacowa. Widać to już m.in. po deklaracjach przedsiębiorstw w różnych ankietach, po nieco mniejszej liczbie ofert pracy zgłaszanych do urzędów. Ale maj był wciąż gorący na rynku pracy.
Najważniejsze pytanie, które dziś zadają sobie ekonomiści, brzmi: czy da się obniżyć inflację bez wywoływania wyraźnego spadku zatrudnienia i wzrostu bezrobocia? Stara i wciąż popularna teoria zwana krzywą Philipsa głosi, że obniżenie inflacji wymaga wzrostu bezrobocia. Współczesne teorie makroekonomiczne wskazują jednak, że przy zdecydowanej reakcji banków centralnych i utrzymywaniu oczekiwań inflacyjnych na stabilnym poziomie inflacja może wyhamować bez generowania kryzysu gospodarczego. W tym spojrzeniu główną siłą stabilizującą ceny jest nie tyle spadek popytu, co przekonanie wszystkich aktorów gry gospodarczej, że wysoki wzrost cen jest zjawiskiem krótkotrwałym.
Kłopot polega na tym, że w ekonomii różne teorie ścierają się ze sobą i żadna nie jest wygrana. Ekonomia to nauka społeczna, która zna niewiele prawd ponadczasowych, wykutych w kamieniu. Każdy kryzys uczy nas czegoś nowego.
Sądzę, że ryzyko recesji jest wysokie i rosnące ze względu na fakt, że banki centralne są coraz bardziej skłonne do zaakceptowania wyższego bezrobocia i recesji. Nie wiedzą, czy wzrost bezrobocia jest konieczny do obniżenia inflacji, ale są coraz bardziej gotowe do akceptacji takiego ryzyka, co sprawia, że podwyżki stóp procentowych są i będą radykalne.
