Podsumujmy rynki akcji od początku roku do połowy marca. Styczeń rozpoczęliśmy w szampańskich nastrojach, ale w drugiej dekadzie przyszła, zapowiadana przeze mnie wcześniej, korekta. Styczeń zakończył się spadkiem indeksów. Był to najgorszy miesiąc od lutego 2009 r. I nie sprawdziło się powiedzenie, że jaki początek stycznia, taki jego koniec. Byki muszą się modlić, by nie sprawdziło się również powiedzenie z Wall Street, że jaki styczeń, taki cały rok.
Podobno korektę wyzwoliła zapowiedź doprowadzenia przez administrację USA do rozdzielenia inwestycyjnej i klasycznej działalności banków komercyjnych. Nie widziałem jednak dramatycznego wpływu tej zapowiedzi na wykresach akcji banków. W marcu projekt tej reformy był prezentowany w Senacie i nikogo to już nie straszyło — przeciwnie, to właśnie sektor finansowy prowadził indeksy na północ. Jak widać, rynek zakłada, że mało z tej reformy w Kongresie zostanie. Wydaje się, że w styczniu po prostu rynek dojrzał do korekty.
Początek lutego znowu wyzwolił popyt, ale szybko pojawiły się schody, którymi były (znowu podobno) problemy Grecji. "Podobno", bo czy wcześniej ktokolwiek w gronie ekspertów/analityków nie wiedział, że takie problemy muszą się pojawić? Odpowiedź jest równie prosta: nie było takiej osoby. Inaczej mówiąc, gdyby tak bardzo przejmowano się tymi problemami, to indeksy powinny spadać dużo wcześniej. Nie lekceważę wymienionych wyżej czynników, ale uważam, że i bez nich korekta by się rozpoczęła.
W połowie lutego nastroje na giełdach zaczęły się poprawiać, co po czterech tygodniach spadków nie było niczym dziwnym. Pretekstu do poprawy nastrojów dostarczyły zapowiedzi przeprowadzenia w Grecji bolesnych reform, ale obawiam się, że wszyscy zdają sobie sprawę, iż takich reform Grecja nie przeprowadzi. Grecy nie są społeczeństwem spokojnie godzącym się na wyrzeczenia. Akcja "pomocowa" zaczyna wyglądać na dosyć rozpaczliwą obronę strefy euro i waluty europejskiej. W przyszłości problemy zadłużonych krajów będą się jeszcze odbijać czkawką, a w drugiej fazie kryzysu mogą doprowadzić do poważnych perturbacji. Na razie jednak na pół roku, może na rok, mamy z Grecją spokój.
W połowie lutego niespodziankę inwestorom sprawił Fed. Podniósł stopę dyskontową, czyli stopę, po której pożycza pieniądze bankom komercyjnym, z 0,5 do 0,75 proc. Fed tłumaczył to "normalizacją" swej polityki, a sam ruch był oczekiwany, bo wcześniej praktycznie zapowiedział go Ben Bernanke, szef Fed. Rynki spodziewały się jednak, że Fed zdecyduje się na to najwcześniej w marcu. Nagła decyzja, niezwiązana ze standardowym, planowanym posiedzeniem, daje więcej do myślenia, niż samo podniesienie stóp. Wydaje się, że Fed zasygnalizował zbliżający się koniec łagodnej polityki monetarnej, a jednocześnie starał się to zrobić tak, żeby nie zaszkodzić rynkom, więc podjął decyzję przed publikacją danych o inflacji (z pewnością wiedział, jakie będą). Udało się — nie zaszkodził. l
