Rywale nie zdążą nas dogonić

Agnieszka Berger, Tomasz Siemieniec
03-11-2003, 00:00

Szef PTC nie obawia się wojny cenowej. Nie boi się też utraty pozycji lidera. Twierdzi, że konkurenci, zanim go dogonią, dostaną zadyszki.

„Puls Biznesu”: Dwa miesiące temu wydawało się, że Polska Telefonia Cyfrowa (PTC) będzie miała jednego właściciela — Deutsche Telekom (DT). Ostatecznie jednak sprawa się rozmyła. Czy wierzy Pan, że ta transakcja mimo wszystko dojdzie do skutku, a jeśli tak, to kiedy?

Bogusław Kułakowski, prezes PTC: Znam za mało szczegółów, żeby odpowiedzieć na to pytanie. Nadmierna dociekliwość nigdy nie była moim zwyczajem. Od czasu mojej nominacji w 1999 r. mamy z akcjonariuszami umowę — skrupulatnie przestrzeganą przez obie strony — o niewtrącaniu się nawzajem w swoje sprawy. To bardzo ułatwia zarządzanie firmą.

Może w takim razie ma Pan opinię na temat tego, czy i kiedy powinno nastąpić przejęcie PTC przez DT?

To zależy, jakie są inne opcje.

A są?

Hipotetycznie tak.

Jakie?

Można na przykład rozważać wejście inwestora finansowego, choć — moim zdaniem — znacznie lepiej mieć inwestora branżowego, który zna rynek. Inwestor portfelowy patrzyłby tylko na finansowe aspekty działalności firmy. Dziś mamy dwóch inwestorów branżowych i spółka funkcjonuje bardzo dobrze.

Czy przejęcie PTC przez jednego inwestora coś by zmieniło?

Myślę, że nie. Dzięki naszym akcjonariuszom mamy dostęp do wszelkiej potrzebnej wiedzy, np. benchmarków.

Ale inwestor strategiczny to coś więcej niż benchmarki. Może być dawcą marki, know-how...

Jeśli chodzi o ewentualną zmianę marki, decyzję musiałyby poprzedzić badania marketingowe. Najpierw musielibyśmy uzyskać odpowiedź na pytanie, czy jakakolwiek inna marka będzie tak dobra, jak nasza? Dziś jest jedną z dziesięciu najlepszych w Polsce. Co do know-how, nie mamy problemu z dostępem do niego. Jedynym efektem włączenia się PTC w proces globalizacji mogłoby być znaczne poszerzenie portfela usług.

Jeden z państwa rywali, Centertel, ma już inwestora strategicznego. Drugi, Polkomtel, wkrótce może go zyskać...

Jeśli nie znam planów swoich akcjonariuszy, to tym bardziej nie mam takiej wiedzy o konkurencji.

Przyjmijmy jednak, że w niezbyt odległej przyszłości Vodafone przejmie Polkomtela. Czy wtedy nie będą Państwo na straconej pozycji?

Nie, dlaczego?

Silni rywale mogą wydać Wam wojnę. Stać Was na to?

Nikogo nie stać na wojnę. Każdy biznes jest nastawiony na zysk.

Powiedział Pan, że przynajmniej hipotetycznie w rachubę wchodzą różne warianty zmiany układu właścicielskiego. Co Pan myśli o giełdzie? Zarząd Polkomtela uważa upublicznienie spółki za interesującą koncepcję.

Dla każdego zarządu giełda jest interesująca. Trudno się dziwić. Zarząd zawsze korzysta na takim rozwiązaniu, obejmując akcje lub opcje. Żeby jednak spojrzeć na sprawę z punktu widzenia interesu spółki, trzeba postawić sobie inne pytanie. Po co właściwie wchodzi się na giełdę? Żeby uzyskać środki finansowe. A to oznacza, że my na giełdę na razie wchodzić nie musimy. Wdrożenie telefonii trzeciej generacji zostało przesunięte i na dziś w ogóle nie rozważamy takich propozycji, choć giełda warszawska patrzyłaby na to bardzo łaskawie. Co kilka miesięcy otrzymujemy zachętę od jej zarządu. Ale na razie wybraliśmy inną drogę — emisję obligacji.

Jak Państwu idzie spłata zadłużenia? W tym roku miało spaść o 1 mld zł.

I zmniejszy się. Dokładne dane za trzy kwartały ogłosimy 13 listopada.

Analitycy zwracają uwagę, że spłata długów idzie wam wolniej niż Polkomtelowi.

Nie znam takich analiz. Nie traktuję poważnie analityków, którzy nie dostrzegają różnic w kapitale własnym i ich implikacji.

Nie obawiają się Państwo trudności ze zdobyciem środków na UMTS?

Jeśli dwie agencje ratingowe, Moody’s i Standard & Poor’s, już dwukrotnie w tym roku podniosły ocenę naszej wiarygodności kredytowej, to chyba nie mamy się czego obawiać...

Jaki poziom długu uważa Pan za optymalny?

Trudno powiedzieć. Nikt zdrowo myślący nie redukuje zadłużenia do zera...

Wspomniał Pan o telefonii trzeciej generacji. Czy celowo nie użył Pan terminu UMTS? Prezes Urzędu Regulacji Telekomunikacji i Poczty (URTiP) uważa, że to nie to samo.

Oczywiście, że nie to samo. UMTS stanowi tylko część szeroko rozumianej 3G.

A co w takim razie sądzi Pan o propozycji szefa URTiP dotyczącej zmiany zapisu we wnioskach koncesyjnych z UMTS na bardziej ogólny 3G? Co się za nią kryje? Zamierzają Państwo z niej skorzystać?

Na razie nie widzę innej powszechnie przyjętej — przynajmniej w Europie — technologii trzeciej generacji. Ale przy najbliższym spotkaniu z regulatorem na pewno będziemy dyskutowali na ten temat. W tej chwili trudno mi powiedzieć, co dokładnie kryje się za tą propozycją. Myślę, że to próba sondowania... Na przykład w najnowszym biuletynie URTiP jest wzmianka o EDGE: „Podsystem EDGE jest podsystemem trzeciej generacji wykorzystującym interfejsy radiowe systemów drugiej generacji”. Myślę, że nie obejdzie się bez szerokiej dyskusji na ten temat. Musimy jednak pamiętać, że nie jesteśmy wyspą i nie możemy sobie pozwolić na technologię, która nie byłaby kompatybilna z systemami zagranicznymi.

Kiedy zaczną się inwestycje w technologię o standardzie IMT 2000?

Bardzo uważnie obserwujemy to, co dzieje się w Europie Zachodniej. Na pewno nie wyjdziemy przed szereg. Taką strategię przyjęliśmy nie tylko my, ale też nasi konkurenci i regulator. Nie stać nas na to, żebyśmy byli w pierwszym wagoniku. GSM odniósł taki sukces w Polsce dlatego, że uczyliśmy się na wszystkich błędach naszych europejskich poprzedników.

Co z opłatami za koncesje na UMTS? Zapłacicie kolejne raty?

15 mln EUR rocznie to nie są poważne pieniądze dla firmy, która ma obroty na poziomie 5-6 mld zł. Oczywiście żadne pieniądze nie są do pogardzenia. Mamy jednak inną propozycję, pod którą podpisują się też nasi konkurenci. Proponujemy zamianę tych opłat na inwestycje w infrastrukturę. Większość gmin, zwłaszcza wiejskich, nie ma dostępu do transmisji danych. My oferujemy rządowi podniesienie dostępności tej infrastruktury o kilka poziomów, co jest warunkiem rozwoju gospodarczego. Ze względu na koszty nie da się tego osiągnąć za pośrednictwem telefonii stacjonarnej.

Czy takie inwestycje mają szansę się zwrócić?

Cóż, skoro alternatywą jest wpłacenie pieniędzy do budżetu państwa...

Czy nie macie ochoty na oferowanie usług fix-mobile? Wasz konkurent, Centertel, robi to z powodzeniem.

Mamy możliwości techniczne i prawne. Oferujemy takie rozwiązania zainteresowanym klientom biznesowym, ale nie na dużą skalę. Z pewnością nie jest to priorytet w naszej strategii. Na razie za dużo jest komplikacji na styku między operatorami.

Czy myślą Państwo o jakichś aliansach strategicznych z operatorami stacjonarnymi?

Nie.

Jakie perspektywy rozwoju mają operatorzy wirtualni?

Jest to dużo bardziej skomplikowane niż się wydaje. Wszyscy, którzy do nas przychodzą, proponują: „dajcie nam tańszy ruch, a my przyprowadzimy wam klientów”. A to zupełnie nie o to chodzi. Operatorzy wirtualni działają różnymi metodami, ale dzieje się to dopiero na rynku nasyconym, a nie na takim, na którym jest jeszcze 60 proc. do wzięcia.

Kiedy zmieni się w Polsce model walki o klientów z dotowania aparatów na rywalizację cenami usług?

Trzeba postawić sobie pytanie, jaki jest cel tej branży? Myślę, że jest nim zaspokojenie pewnych potrzeb i dostarczenie niezbędnej infrastruktury. Osobiście uważam, że nadmiernie subsydiujemy telefony. Złożone urządzenie telefoniczne nie powinno być dostępne w cenie niższej od opakowania Pampersów. Z drugiej strony, musimy brać pod uwagę stopień penetracji rynku. W Polsce wynosi on zaledwie 40 proc., a więc potencjał jest wciąż ogromny. Jeśli w tej chwili przestaniemy subsydiować telefony, to go nie wykorzystamy.

Prezes Polkomtela twierdzi, że jest zaprzysięgłym wrogiem komórek za złotówkę, ale w pojedynkę nie może nic na to poradzić.

Latem podjęliśmy próbę odejścia od subsydiowania telefonów w pewnym segmencie rynku. Nie zauważyliśmy, żeby konkurencja poszła w nasze ślady.

To znaczy, że ceny połączeń pozostaną w Polsce wysokie?

Ależ one wcale nie są wygórowane. Perfekcyjnie mieścimy się w widełkach — nie tylko unijnych. Od chwili, gdy telefonia mobilna pojawiła się w Polsce, ceny powoli, ale systematycznie, maleją. Od siedmiu lat nie wzrosły ani razu. Tam, gdzie są niższe, np. w Czechach, nie stosuje się raczej superpromocji typu „godziny” czy „grupy zamknięte” umożliwiających znaczące obniżenie kosztów niektórych połączeń. Trzeba również pamiętać, że operator ma wpływ tylko na część ceny. Niektóre jej składniki zależą od państwa lub regulatora. Na przykład z wytycznych unijnych wynika, że VAT na usługi telekomunikacyjne powinien wynosić około 5 proc., a jest 22 proc. Nie mamy też wpływu na inny ważny składnik ceny, jakim jest tzw. interconect, czyli opłaty za wykorzystanie sieci innego operatora.

Idea depcze wam po piętach. Chwali się już 35-proc. udziałem w rynku pod względem liczby klientów. Nie obawiacie się konkurencji? Lepiej jest uciekać czy gonić?

Najtrudniej jest być liderem, którego wszyscy gonią i — czego doświadczyliśmy na własnej skórze — kopiują. Mimo to, nie zamierzamy stracić tej pozycji. Wzrost liczby klientów Centertela nie ma przełożenia na wzrost udziału w przychodach. Mamy za sobą bardzo ciekawy rok, a czyja strategia była najlepsza, pokażą roczne wyniki.

Ale liczą się Państwo z utratą pozycji lidera?

Myślę, że nie ma takiego zagrożenia. Jeśli deklaracje udziałowców Centertela, że liczy się przede wszystkim zysk, są szczere, to nie wierzę, by Idea mogła sobie pozwolić na to, żeby w dłuższym okresie w takim tempie zdobywać rynek.

Jakich wyników spodziewają się Państwo na koniec roku?

Na wyniki będą miały wpływ dwa czynniki: ujemne różnice kursowe i spadek dynamiki wzrostu ruchu. Ten drugi element, który dostrzegliśmy nie tylko u siebie, ale też u konkurentów, jest znacznie bardziej niepokojący. W pierwszym półroczu ruch był sporo mniejszy, niż tego oczekiwaliśmy — z różnych powodów, m.in. w wyniku spowolnienia całej gospodarki. Drugie półrocze wygląda nieco lepiej. Trzymam kciuki, żeby optymizm klientów się utrzymał, i wciąż mam nadzieję na realizację zamierzonych planów.

A jakie są te plany?

Ich ujawnienie mogłoby wpłynąć na kurs naszych obligacji. Na razie mogę tylko powiedzieć, że wzrost obrotów będzie znaczący, a zysk porównywalny do ubiegłorocznego — może trochę wyższy.

Będzie dywidenda? Elektrimowi przydałyby się jakieś pieniądze.

Każdemu by się przydały, ale do tej pory udawało nam się przekonać naszych udziałowców, że odniosą większą korzyść, pozostawiając te pieniądze w spółce.

Czy w tym roku też będziecie ich do tego przekonywać?

Tak.

Na koniec wróćmy do tematu, od którego rozpoczęliśmy tę rozmowę. Zakładając, że DT stanie się wyłącznym właścicielem Ery, czy spodziewa się Pan w firmie trzęsienia ziemi?

A widzą państwo powody?

Ważne, czy inwestorzy będą je widzieli. Spodoba się im Pan jako prezes?

Każdy z członków zarządu jest powoływany jednomyślną decyzją rady nadzorczej. Dotychczas żaden nie miał problemów z przedłużeniem kontraktu.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Berger, Tomasz Siemieniec

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Rywale nie zdążą nas dogonić