Wiadomości, które docierają do nas z rynku sztuki, najskuteczniej podzielić można na dwa rodzaje — takie, które wieszczą dziewięciocyfrowe aukcyjne rekordy, i takie, które zawiadamiają o incydentach tak wysokiej wagi, jak na przykład nieumyślne umieszczenie cennej instalacji złożonej z papierowych kubeczków w worku na śmieci. Chociaż same tego typu informacje poszerzają kolekcjonerską wiedzę dość nieznacznie, przy odrobinie zaangażowania można z nich wyciągnąć kilka istotnych wniosków o tym, jakie rodzaje ryzyka czyhają na tych, którzy jako zabezpieczenie dla portfela postanowili wybrać właśnie dzieła.

1 Z tym, co najdroższe, trudno się rozstać
Znalezienie jakiegoś świeżego rekordu na rynku światowym zwykle nie sprawia trudności — już na początku listopada powyżej 54 mln USD (214 mln zł) wylicytowano na przykład namalowany w Arles żywy w kolorach pejzaż Van Gogha. O nowym właścicielu wiadomo więc, że nabył dzieło niedawno i drogo, co oznacza, że spełnia już dwa czynniki przesądzające o tym, że prawdopodobnie przez jakiś czas nie będzie się mógł z tym widokiem rozstać. Rynek na najdroższe prace jest przecież znacznie mniejszy niż na takie o trochę przystępniejszych cenach, a o osiąganej wartości decyduje też rzadkość w obiegu, bo obiekt, który zbyt często pojawia się w katalogach, może czasem budzić podejrzenia. Lokalnymi odpowiednikami byłyby może rzadkie pastele Wyspiańskiego albo któryś ze słabo dostępnych muzealnych olejów Matejki, czyli obiekty, na które chętny znajdzie się z pewnością zawsze, ale na skłonnego wydać więcej od nas będziemy musieli czasem poczekać.
2 Hucułki bledną w dziennym świetle
Jak wyraźnie widać po bieżących ekspozycjach w polskich galeriach, artyści młodego pokolenia z dużą ochotą sięgają po tzw. zdegradowane materiały. Pomimo że wykorzystanie w celach artystycznych takich tworzyw, jak odpadki czy różne płyny ustrojowe, nie należy do najbardziej nowatorskich praktyk, inwestując w tego rodzaju prace, trzeba zachować wyjątkową czujność w temacie właściwych warunków przechowywania i konserwacji. Wart miliony dolarów rekin, umieszczony w formalinie przez Damiena Hirsta, z uwagi na pogorszenie stanu musiał być na przykład w instalacji wymieniany, a przedstawiająca głowę innego artysty rzeźba wykonana z kilku litrów jego krwi zaczęła się podobno rozpuszczać w domu kolekcjonera Charlesa Saatchiego, kiedy dekoratorzy przypadkiem zahaczyli o kabel podpięty do utrzymującej chłód gabloty.
Chociaż na polskim rynku tak typowo organiczne prace raczej się nie zdarzają, przez niezapewnienie odpowiednich warunków niektórym z obiektów możemy bardzo wiele stracić. Inwestując na przykład w delikatne pastele, najlepiej byłoby przechowywać je poziomo i w ciemni, bo wydając kilkadziesiąt tysięcy na portret Witkacego albo na którąś z Hucułek, które namiętnie utrwalał Axentowicz, zostać możemy po latach z kawałkiem papieru wartym kilka tysięcy. Wystarczy udekorować takim obrazem nasłonecznioną ścianę, zrobić mu serię zdjęć z fleszem, a na koniec kilka razy energicznie poprzestawiać, tak żeby te kolory, które jeszcze nie wyblakły, mogły spokojnie osypać się na dobre.
3 Warsztat Velázqueza to nie sam Velázquez
Problemy z atrybucją zdarzają się głównie w przypadku prac dawniejszych, takich jak malarstwo pochodzące sprzed XIX wieku, czyli z czasów, kiedy autorskiej sygnaturze przypisywano znacznie mniejszą wagę niż współcześnie. W sytuacji, w której eksperci mają przed sobą na przykład pracę ewidentnie przypominającą znany dorobek Tycjana, ale nie są w stanie potwierdzić jego autorstwa jednoznacznie, przypisują ją albo Tycjanowskiemu warsztatowi, albo mówią, że to Tycjanowski krąg, albo posługują się trochę mniej czytelną formułą — „za Tycjanem” — formalnie jednak we wszystkich przypadkach autor jest nieznany. Pod względem cen prace tylko umownie przypisywane znanemu artyście znacznie odbiegają od tych, co do których mamy więcej pewności — dla niektórych inwestorów może to być szansą, a dla innych poważnym zagrożeniem.
Przypadek kolekcjonera, który na pracę naśladowcy Johna Constable’a poświęcił 5 tys. USD, a po dokładniejszej ekspertyzie sprzedał ją jako jego potwierdzone dzieło za 5 mln USD, jest krzepiący, ale przy takich transakcjach lepiej liczyć się z ryzykiem, że wyniki ponownych badań nie będą aż tak korzystne.
Dobrze też pamiętać, że jeszcze nie tak dawno muzeum Prado sprzedawało niezliczone ilości gadżetów ze słynnym portretem infantki Małgorzaty, a odwiedzający kupowali je jako lichą namiastkę dzieła, które namalował Velázquez. Po przeprowadzeniu drobiazgowych analiz wykazano, że masowo produkowane notesy i parasolki przedstawiają obraz, którego autorem jest Juan Bautista Martínez del Mazo — utalentowany malarz, ale zięć Velázqueza, a nie sam Velázquez.
Jako ich lokalny odpowiednik można byłoby wskazać rodzinę Kossaków, której członkom również zdarzało się podpisywać obrazy blisko spokrewnionych — lepiej jednak powstrzymać się od takich zestawień, i z szacunku dla Velázqueza, i z przywiązania do Kossaka.