Ryzykowne inwestycje kończą w odkurzaczu

Weronika A. Kosmala
opublikowano: 2015-11-09 22:00

Z informacji z rynku sztuki można wyciągnąć kilka wniosków ważnych dla inwestorów

Wiadomości, które docierają do nas z rynku sztuki, najskuteczniej podzielić można na dwa rodzaje — takie, które wieszczą dziewięciocyfrowe aukcyjne rekordy, i takie, które zawiadamiają o incydentach tak wysokiej wagi, jak na przykład nieumyślne umieszczenie cennej instalacji złożonej z papierowych kubeczków w worku na śmieci. Chociaż same tego typu informacje poszerzają kolekcjonerską wiedzę dość nieznacznie, przy odrobinie zaangażowania można z nich wyciągnąć kilka istotnych wniosków o tym, jakie rodzaje ryzyka czyhają na tych, którzy jako zabezpieczenie dla portfela postanowili wybrać właśnie dzieła.

SPRAWKI INFANTKI:
SPRAWKI INFANTKI:
Młodzieńczy portret Małgorzaty Teresy uznawany był do niedawna za ostatnie działo Diego Velázqueza, ale po przeprowadzonych badaniach muzeum uznało, że autorem nie jest słynny malarz, ale mąż jego córki. Chociaż zmiany atrybucji nie są na rynku sztuki aż tak częste, warto o dokładną ekspertyzę zadbać wystarczająco wcześnie.
ARC

1 Z tym, co najdroższe, trudno się rozstać

Znalezienie jakiegoś świeżego rekordu na rynku światowym zwykle nie sprawia trudności — już na początku listopada powyżej 54 mln USD (214 mln zł) wylicytowano na przykład namalowany w Arles żywy w kolorach pejzaż Van Gogha. O nowym właścicielu wiadomo więc, że nabył dzieło niedawno i drogo, co oznacza, że spełnia już dwa czynniki przesądzające o tym, że prawdopodobnie przez jakiś czas nie będzie się mógł z tym widokiem rozstać. Rynek na najdroższe prace jest przecież znacznie mniejszy niż na takie o trochę przystępniejszych cenach, a o osiąganej wartości decyduje też rzadkość w obiegu, bo obiekt, który zbyt często pojawia się w katalogach, może czasem budzić podejrzenia. Lokalnymi odpowiednikami byłyby może rzadkie pastele Wyspiańskiego albo któryś ze słabo dostępnych muzealnych olejów Matejki, czyli obiekty, na które chętny znajdzie się z pewnością zawsze, ale na skłonnego wydać więcej od nas będziemy musieli czasem poczekać.

2 Hucułki bledną w dziennym świetle

Jak wyraźnie widać po bieżących ekspozycjach w polskich galeriach, artyści młodego pokolenia z dużą ochotą sięgają po tzw. zdegradowane materiały. Pomimo że wykorzystanie w celach artystycznych takich tworzyw, jak odpadki czy różne płyny ustrojowe, nie należy do najbardziej nowatorskich praktyk, inwestując w tego rodzaju prace, trzeba zachować wyjątkową czujność w temacie właściwych warunków przechowywania i konserwacji. Wart miliony dolarów rekin, umieszczony w formalinie przez Damiena Hirsta, z uwagi na pogorszenie stanu musiał być na przykład w instalacji wymieniany, a przedstawiająca głowę innego artysty rzeźba wykonana z kilku litrów jego krwi zaczęła się podobno rozpuszczać w domu kolekcjonera Charlesa Saatchiego, kiedy dekoratorzy przypadkiem zahaczyli o kabel podpięty do utrzymującej chłód gabloty.

Chociaż na polskim rynku tak typowo organiczne prace raczej się nie zdarzają, przez niezapewnienie odpowiednich warunków niektórym z obiektów możemy bardzo wiele stracić. Inwestując na przykład w delikatne pastele, najlepiej byłoby przechowywać je poziomo i w ciemni, bo wydając kilkadziesiąt tysięcy na portret Witkacego albo na którąś z Hucułek, które namiętnie utrwalał Axentowicz, zostać możemy po latach z kawałkiem papieru wartym kilka tysięcy. Wystarczy udekorować takim obrazem nasłonecznioną ścianę, zrobić mu serię zdjęć z fleszem, a na koniec kilka razy energicznie poprzestawiać, tak żeby te kolory, które jeszcze nie wyblakły, mogły spokojnie osypać się na dobre.

3 Warsztat Velázqueza to nie sam Velázquez

Problemy z atrybucją zdarzają się głównie w przypadku prac dawniejszych, takich jak malarstwo pochodzące sprzed XIX wieku, czyli z czasów, kiedy autorskiej sygnaturze przypisywano znacznie mniejszą wagę niż współcześnie. W sytuacji, w której eksperci mają przed sobą na przykład pracę ewidentnie przypominającą znany dorobek Tycjana, ale nie są w stanie potwierdzić jego autorstwa jednoznacznie, przypisują ją albo Tycjanowskiemu warsztatowi, albo mówią, że to Tycjanowski krąg, albo posługują się trochę mniej czytelną formułą — „za Tycjanem” — formalnie jednak we wszystkich przypadkach autor jest nieznany. Pod względem cen prace tylko umownie przypisywane znanemu artyście znacznie odbiegają od tych, co do których mamy więcej pewności — dla niektórych inwestorów może to być szansą, a dla innych poważnym zagrożeniem.

Przypadek kolekcjonera, który na pracę naśladowcy Johna Constable’a poświęcił 5 tys. USD, a po dokładniejszej ekspertyzie sprzedał ją jako jego potwierdzone dzieło za 5 mln USD, jest krzepiący, ale przy takich transakcjach lepiej liczyć się z ryzykiem, że wyniki ponownych badań nie będą aż tak korzystne.

Dobrze też pamiętać, że jeszcze nie tak dawno muzeum Prado sprzedawało niezliczone ilości gadżetów ze słynnym portretem infantki Małgorzaty, a odwiedzający kupowali je jako lichą namiastkę dzieła, które namalował Velázquez. Po przeprowadzeniu drobiazgowych analiz wykazano, że masowo produkowane notesy i parasolki przedstawiają obraz, którego autorem jest Juan Bautista Martínez del Mazo — utalentowany malarz, ale zięć Velázqueza, a nie sam Velázquez.

Jako ich lokalny odpowiednik można byłoby wskazać rodzinę Kossaków, której członkom również zdarzało się podpisywać obrazy blisko spokrewnionych — lepiej jednak powstrzymać się od takich zestawień, i z szacunku dla Velázqueza, i z przywiązania do Kossaka.