Kontrakty menedżerskie to w dużych spółkach skarbu państwa już właściwie norma. Mitem jest, że trzeba „obchodzić kominówkę”, żeby dać menedżerowi PKO czy PZU rynkowe wynagrodzenie. Ustawa kominowa od samego początku pozwala powierzyć kierowanie państwowym przedsiębiorstwem menedżerowi, o ile odpowiada on za skutki swoich rządów prywatnym majątkiem. Odkąd jednak Ministerstwo Skarbu Państwa (MSP) kilka lat temu zaczęło korzystać z tego prawa i zatrudniać prezesów na kontraktach menedżerskich, pojawił się nowy problem — ile powinno wynosić ich wynagrodzenie. Czy 60 tys. zł miesięcznie dla prezesa PKP to wysoka pensja?

Z punktu widzenia statystycznego Polaka — ogromna. Musi on na taką pensję pracować prawie dwa lata. Ale prywatne koncerny zatrudniające 90 tys. osób płacą menedżerom jeszcze więcej. Żeby te dylematy raz na zawsze rozwiązać, MSP opracowało dokument, który ma określać zasady przyznawania wynagrodzeń członków zarządu w największych firmach państwowych.
Rynek prawdę ci powie
Najważniejszą nowością ma być tworzenie rynkowych „benchmarków” poziomów wynagrodzeń. Kiedy MSP będzie poszukiwało np. nowego prezesa państwowego banku, będzie zatrudniało firmę doradztwa personalnego, której zadaniem będzie ustalenie, jaka jest obecnie w Polsce średnia płaca prezesa banku o porównywalnej wielkości. Podstawą do wyliczenia takiej średniej mają być spółki notowane na GPW. Pensja przyznana nowo wybranemu prezesowi nie powinna odbiegać o 10 proc. od wyznaczonej w tej sposób wartości referencyjnej.
— To jest rozwiązanie, które pozwoli obiektywnie ustalić, jaki jest obecnie rynkowy poziom wynagrodzeń. Chcemy, żeby proces kształtowania płac menedżerów państwowych firm był maksymalnie przejrzysty i jednocześnie pozwalał spółkom przyciągać z rynku najlepsze kadry — tłumaczy Magdalena Kobos z MSP.
Przyznana w ten sposób pensja ma być dzielona na dwie części — stałą (60 proc.) i zmienną (40 proc.). W część stałą mają być wliczane pozapłacowe elementy, np. korzystanie z samochodu służbowego, pakiety medyczne czy plany emerytalne. Część zmienna ma być natomiast wypłacana w zależności od osiąganych przez firmę wyników i realizacji postawionych przed menedżerem celów.
— Kontrakt menedżerski ma motywować do działania. To nie jest płaca zasadniczao stałej wysokości, wypłacana niezależnie od wyników — tłumaczy Mikołaj Budzanowski, minister skarbu. Resort chce również, aby zatrudnieni na podstawie tych przepisów menedżerowie nie pobierali już żadnych wynagrodzeń z tytułu zasiadania w innych organach spółki czy spółek z grupy. Co ważne, MSP chce stosować nowe zasady dopiero przy nowo podpisywanych kontraktach. Obecni prezesi nie powinni więc liczyć na renegocjację umów i podwyżkę, ani nie muszą się martwić o ewentualne obcięcie pensji.
Biznes pokazał drogę
Andrzej S. Nartowski, prezes Polskiego Instytutu Dyrektorów, uważa, że reforma wprowadzana przez MSP to „wielki krok biurokracji w stronę rynku”.
— Nie twierdzę, że giełda jest idealnym punktem odniesienia w kształtowaniu wynagrodzeń, tam też zdarzają się wypaczenia. Tworzenie takich benchmarków daje jednak wreszcie szansę, że pensje członków zarządu państwowych firm będą bliskie biznesowym realiom — mówi Andrzej S. Nartowski. Stosowanie benchmarków przy kształtowaniu wynagrodzeń menedżerów to bardzo częsta praktyka wśród firm prywatnych.
— My w PwC od lat wykorzystujemy spółki z GPW jako punkt odniesienia. To są bardzo przejrzyste firmy i zwykle dobrze oddają realia rynkowe. Akcjonariusze nie chcą płacić więcej, niż jest to konieczne, ale też wiedzą, że na pensjach nie warto zbyt mocno oszczędzać — mówi Jacek Socha, wiceprezes PwC, były minister skarbu państwa. Podobnego zdania jest Andrzej Maciejewski, szef polskiego oddziału firmy doradztwa personalnego Spencer Stuart.
— Równanie wynagrodzeń w państwowych firmach do GPW to generalnie krok w dobrą stronę. Problemem może być jedynie to, że niektóre branże — np. ubezpieczeniowa czy górnicza — są na polskiej giełdzie zbyt mało licznie reprezentowane przez w pełni prywatne spółki. W takich przypadkach trzeba będzie szukać punktów odniesienia poza giełdą, w polskich firmach córkach zagranicznych koncernów — mówi Andrzej Maciejewski.
Mniej na do widzenia
Jak wynika z nieoficjalnych informacji „PB”, MSP przy okazji wprowadzania zmian zmienia podejście do odpraw przyznawanych odchodzącym ze spółek menedżerom. Obecnie w wielu przypadkach członkowie zarządu mogli liczyć na roczne okresy pobierania wynagrodzenia i zakazu konkurencji. MSP zaleca radom nadzorczym, by przy następnych konkursach akceptowały okresy najwyżej kilkumiesięczne.
Ostatnio krytykowane były np. roczne odprawy Ludwika Sobolewskiego po odejściu z GPW czy Macieja Owczarka, byłego prezesa Enei. Czarę goryczy przelał jednak w minionych dniach Krzysztof Bocian, niedoszły wiceprezes PGNiG. Wygrał konkurs, ale rada nadzorcza nie zgodziła się na proponowane przez niego warunki odprawy. Według naszych informacji, oczekiwał 3 miesięcy zakazu konkurencji i pensji wypłacanej przez 12 miesięcy po odejściu.
— To były zbyt wyśrubowane wymagania — twierdzi nasz rozmówca z rządu. Najgłośniejszym przykładem był jednak Jacek Walczykowski, były prezes Orlenu, który walczył o 7 mln zł odprawy za 19 dni urzędowania. W sądzie przegrał jednak proces z firmą i nie dostał nic.
OKIEM EKSPERTA
Rząd wreszcie robi porządki
ANDRZEJ WOŹNIAKOWSKI
ekspert firmy doradztwa personalnego Bigram
Obecne prawo jest bardzo nieprecyzyjne w kwestii kształtowania wynagrodzeń prezesów państwowych firm. Istnieje luka prawna, przez którą różne spółki zatrudniają menedżerów na bardzo różnych zasadach. Niektóre używają kontraktów menedżerskich, inne tworzą fikcyjne spółki zależne, a negocjacje wynagrodzeń są bardzo nieprzejrzyste. Dokument przygotowany przez MSP, choć formalnie nie ma mocy prawnej, ma za zadanie uporządkować ten bałagan. To dobrze, że wreszcie będą funkcjonowały jakieś zasady wynagradzania. Oczekiwałbym, co prawda, nieco bardziej precyzyjnych zapisów, ale to i tak krok w dobrą stronę. Miejmy tylko nadzieję, że zasady te będą w praktyce stosowane, a nie zostaną rozmyte i zapomniane przez rady nadzorcze.