Rząd mrozi ceny. Czy to się uda?

Ignacy MorawskiIgnacy Morawski
opublikowano: 2022-09-15 17:23

Zamrożenie cen energii elektrycznej będzie w krótkim okresie dużą ulgą dla gospodarstw domowych. Ale może przełożyć się na wzrost innych cen.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Rząd zamraża ceny energii elektrycznej do poziomu zużycia przeciętnego gospodarstwa domowego. W ten sposób ma zostać ograniczony wzrost inflacji na początku 2023 r. i spadek realnych dochodów ludności. W związku z tym można jednak postawić dwa pytania: czy zamrażanie cen w jednym miejscu gospodarki nie podbije ich w innym oraz czy wysyłanie konsumentom błędnych sygnałów cenowych na temat dostępności energii nie utrudni szybkiego dostosowania gospodarki do działania w warunkach niskiej dostępności surowców energetycznych. W obu przypadkach widzę ryzyko twierdzącej odpowiedzi.

Gospodarstwa domowe w 2023 r. mają płacić niezmienioną cenę do zużycia 2000 kilowatogodzin rocznie. To zużycie charakteryzujące przeciętne gospodarstwo. Powyżej tego poziomu cena zostanie ustalona przez Urząd Regulacji Energetyki w taki sam sposób jak co roku, czyli godząc interesy konsumentów i producentów/sprzedawców. Będzie to pewnie cena wysoka. Gdyby ceny detaliczne miały całkowicie odzwierciedlać zmiany na hurtowych rynkach energii, to powinny wzrosnąć o 100-150 proc.

Jednocześnie rząd wprowadzi mechanizmy zachęcające do oszczędzania energii. Przy mniejszym zużyciu cena za energię ma być niższa.

Wprowadzenie mechanizmów ograniczających efekty wzrostu cen hurtowych energii jest dość oczywiste. Tłumaczyłem to w tekście „Ekonomiczny przewodnik po kryzysie energetycznym” z 29 sierpnia tego roku. Ale sposób ograniczania efektów wzrostu cen może mieć ogromne znaczenie dla reakcji gospodarki.

Wszystko oczywiście jest dość drogie. Rząd podał, że przeciętne gospodarstwo zaoszczędzi około 1600 zł, co oznacza, że koszty rozwiązania sięgną około 20 mld zł. Do tego dochodzą koszty innych działań – rekompensat związanych ze zużyciem ciepła oraz dla branż energochłonnych. Rachunek przekroczy 30 mld zł. Częściowo będzie sfinansowany z podatków nałożonych na firmy energetyczne, a częściowo zapewne z przyrostu długu.

To, że część dotacji do niskich cen energii zostanie sfinansowana z nowych podatków, ogranicza proinflacyjne efekty tych działań. Powiększenie deficytu fiskalnego w warunkach bardzo wysokiej inflacji sprzyjałoby podtrzymaniu wysokiej dynamiki cen.

Mimo to istnieje ryzyko, że zamrożenie jednych cen spowoduje szybszy wzrost innych. Realny spadek dochodów ludności jest zjawiskiem bardzo bolesnym, ale wedle projekcji samego Narodowego Banku Polskiego miał to być jeden z kluczowych czynników makroekonomicznych prowadzących do wyhamowania inflacji pod koniec 2023 r. Tego hamowania, które tak często w swoich wypowiedziach przywołuje prezes NBP Adam Glapiński. Jeżeli do tego spadku dochodów nie dojdzie, to inflacja będzie wyższa niż w projekcji NBP – czyli nie spadnie do 6-8 proc. W rezultacie dochody realne będą miały wyższą dynamikę w krótkim okresie (1 rok), ale prawdopodobnie nieco niższą w średnim okresie (2-3 lata). Takie ryzyko jest, jak sądzę, realne.

Drugie ryzyko jest takie, że konsumenci otrzymają fałszywe sygnały cenowe. Polska już od wielu miesięcy stara się zablokować przełożenie wysokich cen hurtowych energii na ceny detaliczne. Dlatego ceny elektryczności, po uwzględnieniu podatków, ostatnio rosną w Polsce wyraźnie wolniej niż średnio w Unii Europejskiej. Pytanie, czy to ma sens? Dopóki wzrost cen wydawał się zjawiskiem przejściowym, próba ograniczenia jego skutków mogła mieć rację bytu. Ale ograniczenia w dostępie do energii mogą pozostać w Europie długo i powinny wymusić oszczędności wśród użytkowników. Te oszczędności powinny być rozłożone w sposób w miarę zrównoważony między firmy i gospodarstwa domowe. A najskuteczniejszym bodźcem do redukcji popytu na jakiś towar jest podniesienie jego ceny – nic nie zadziała w podobny sposób, żadne ulgi, zachęty, apele.

Dlatego z czysto ekonomicznego punktu widzenia, gdyby rząd chciał poszukać rozwiązania prowadzącego do określonych skutków finansowych dla siebie i wyborców, lepiej byłoby pozwolić na wzrost cen i jednocześnie wprowadzić transfery pieniężne dla gospodarstw domowych. Wtedy sygnały cenowe byłyby utrzymane, a dochody ludności w jakiejś mierze ratowane. Gospodarstwa domowe mocniej ograniczyłyby zużycie, co sprawiłoby, że większe byłoby pole do wspierania przedsiębiorstw. W tym momencie firmy wezmą na siebie większość wstrząsu energetycznego i przerzucą to na ceny lub na niższe zatrudnienie.

Rozumiem oczywiście, że kalkulacje polityczne są inne niż czysto ekonomiczne.