To będzie rząd kontynuacji — zapewnia od soboty nowy premier Jarosław Kaczyński. Istotnie. Z pierwszych zapowiedzi wynika, że większość ministrów się nie zmieni. Trudno też oczekiwać jakichś radykalnych zmian programu rządu. Skoro przez ostatnie osiem miesięcy politycy Prawa i Sprawiedliwości przekonywali nas, że gabinet Kazimierza Marcinkiewicza zadowalająco realizuje program tej partii, to po rządzie Jarosława Kaczyńskiego nie można się spodziewać gwałtownych zwrotów. W zasadzie mamy do czynienia ze starą ekipą pod nowym kierownictwem. A jednak będzie to zupełnie inny rząd. Kluczową zmianą będzie odmieniane ostatnio przez nowego premiera słowo „przyspieszenie”.
Bracia Kaczyńscy uznali po prostu, że rząd Kazimierza Marcinkiewicza zbyt wolno buduje podwaliny projektu, który podczas kampanii wyborczej nazwali IV Rzecząpospolitą — projektu Polski dumnej ze swoich tradycji, opiekuńczej dla obywateli i — przede wszystkim — uwolnionej od władzy postkomunistycznego układu. Dlatego postanowili wziąć sprawy w swoje ręce. W ich ocenie premier Marcinkiewicz zbyt powoli wymieniał władze w spółkach skarbu państwa, przejawiał też zbyt mało energii i entuzjazmu w sprawie likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych, częściej też z jego ust słyszało się o sukcesach gospodarczych (pomińmy, że nie były one jego zasługą) niż o rozbijaniu układów. Teraz to się zmieni. Po kilku tygodniach uspokajania rynków finansowych zapewnieniami o niezmienności kursu gospodarki, miotła kadrowa w spółkach skarbu państwa ruszy z nową siłą.
Nastąpi też istotna zmiana wizerunku rządu, którego rzecznikiem będzie Jan Dziedziczak, dotychczasowy asystent prezesa PiS. Brylującego w mediach przy każdej sposobności, uśmiechniętego (często bez powodu) premiera, zastąpi polityk, który nie lubi świateł jupiterów, a dziennikarzy traktuje, łagodnie mówiąc, nieco podejrzliwie. Premier Jarosław Kaczyński nie będzie przed kamerami jeździł na nartach, tańczył i strzelał karnych, znacznie rzadziej będzie też zapewne przecinał wstęgi, spadnie również aktywność międzynarodowa szefa polskiego rządu. Przyspieszenie w budowie IV RP będzie się raczej wykuwało w trakcie poufnych narad w politycznych gabinetach, niż w otwartej publicznej dyskusji. Bo z dyskusją Jarosław Kaczyński też ma problem — nie należy do polityków, którzy spokojnie wysłuchują głosów krytyki (a to przy okazji dyskusji może się wszak zdarzać), można więc także oczekiwać, że premier znacznie rzadziej niż jego poprzednik będzie się spotykał z różnymi środowiskami (przedsiębiorców, eksporterów, inwestorów). Nie oznacza to oczywiście, że będzie lekceważył te środowiska — Kaczyński dał się też poznać jako polityk do bólu pragmatyczny — na pewno jednak będą one miały znacznie trudniejszy dostęp do premiera niż dotychczas.
Te zmiany nie muszą się okazać zmianami na gorsze. Być może rzeczywiście do spółek skarbu państwa trzeba wpuścić nieco świeżej krwi, a WSI były instytucją szkodliwą. Największym problemem jest to, że dotychczas nowy premier nie podejmował wysiłków, by nas o tym przekonać, zdając się zakładać, że ci, którzy w te tezy nie wierzą, są po prostu zwolennikami starego układu. Utrzymanie takiego właśnie podejścia pogłębi konflikty na polskiej scenie politycznej i to najpoważniejsze zagrożenie związane z nowym rządem. Tymczasem naszej gospodarce najbardziej potrzebna jest stabilizacja. I chociaż w sensie personalnym nowy rząd będzie prawie taki sam jak stary, to specjaliści od reklamy zauważyli, że „prawie” niekiedy robi wielką różnicę. Jak wielką? O tym przekonamy się w najbliższych miesiącach.