Rządowa sztuka uników nie może dać wyników

Kazimierz Krupa
opublikowano: 2003-07-02 00:00

Strategia warszawska — to najnowsza doktryna rządu zakładająca, że celem wszystkich polskich rządów będą działania prowadzące do skrócenia dystansu dzielącego nas od europejskiej czołówki, a także likwidacji korupcji i walki z bezrobociem. Wzrost gospodarczy, wzrost gospodarczy i jeszcze raz wzrost gospodarczy — dorzucił od siebie trzy priorytety premier i zapowiedział, że na nich skupi się teraz rząd. Te dwie niezwykle oryginalne i odkrywcze myśli najlepiej chyba charakteryzują całą intelektualną głębię rządzącego ugrupowania i merytoryczne osiągnięcia jego kongresu.

Zdecydowanie większe byłoby zaskoczenie, gdyby rząd uchwalił np. strategię wołomińską, która zmierzałaby do malowniczej katastrofy polskiej gospodarki, pielęgnowałaby korupcję i w ogóle powszechny b... ałagan. Na to samo by wyszło. Strategia warszawska wzorowana jest na strategii lizbońskiej, którą opracowali Europejczycy, a która ma spowodować, że Europa dogoni Amerykę. Warszawska jest po to, żeby Polska mogła dogonić kraje europejskie. Ich podobieństwa idą zresztą znacznie dalej: i jedna, i druga są wyjątkowymi zbiorowiskami sloganów, pustych frazesów i prób zaklinania rzeczywistości, z których absolutnie nic nie wynika. Miejsce i jednej, i drugiej jest w koszu na śmieci.

Premier Leszek Miller postanowił pójść śladem amerykańskiego prezydenta Billa Clintona i jego słynne „Gospodarka, durniu” (taki transparent zdobił jego sztab wyborczy) zastąpił zawołaniem: po trzykroć wzrost gospodarczy. Tyle tylko, że jak mówi poeta i pieśniarz Jacek Kaczmarski, pierwszy, który porównał zęby swojej ukochanej do pereł, był prawdziwym poetą, każdy następny natomiast nędznym plagiatorem i kiczmenem. Tym bardziej że tak całkiem kłamać też przecież nie można. I kiedy zęby przypominają bardziej końskie, ich porównanie do pereł może co najwyżej narazić na śmieszność.

Wicepremier, minister gospodarki, pracy i polityki społecznej Jerzy Hausner ma do 7 lipca przedstawić wyliczenia, czy opłaca się wprowadzić podatek liniowy. „Gdyby się okazało, że podatek ten stwarza nadzieję przyspieszonego wzrostu gospodarczego, to po prostu zostanie wprowadzony” — zapowiedział premier Miller w Sygnałach Dnia. Ale nie w tym roku. Jakie to wszystko proste, jasne i oczywiste. Minister Hausner weźmie karteczkę w krateczkę, zrobi dwa słupki, doda, odejmie, przemnoży, podzieli, być może scałkuje — i wszystko będziemy wiedzieli: opłaca się lub nie. Za nic cała teoria ekonomii, za nic doświadczenia innych krajów, za nic fakt, że podatki są kategorią polityczną (dopiero w skutkach ekonomiczną). Jeszcze raz spróbujemy wyważyć otwarte drzwi.

Ale najpierw „decyzje dotyczące takich kwestii, jak podatki, kodeks pracy czy zakres świadczeń społecznych powinny być poprzedzone porozumieniem pracodawców i pracowników”. Trzeba więc zapytać związki zawodowe. To tak, jakby pytać wieprzka o jego przemyślenia na temat jego zarżnięcia. Bo związki zawodowe rzeczywiście reprezentują, ale siebie, kadrę i coraz mniej licznych pracowników (nie tylko z powodu bezrobocia liczba członków związków zawodowych spada), a bezrobotnych to już oni naprawdę nie lubią. Wynik konsultacji niezwykle łatwo więc przewidzieć. Partyjny kolega premiera, Maciej Manicki, szef związkowców z OPZZ, już oprotestował pomysł podatku liniowego, troszcząc się o wpływy do budżetu.

O wydatkach państwa wicepremier Hausner mówił niewiele i bardzo ostrożnie, o deficycie budżetowym jeszcze mniej i bardziej ogólnie (chociaż nawet te ogólniki nie brzmią dobrze), dowiedzieliśmy się, że minister Raczko nie jest fanem czegoś, ale fanatykiem czegoś innego. Po trzykroć: słowa, słowa, słowa, a tak naprawdę o wszystkim mają zadecydować rozmowy pracodawców i pracowników. To po co ten rząd? Tyle że odpowiedź jest aż nadto kusząca.