Kto to jest homo doctus? Ktoś wszechstronny. Ten, kto umie łączyć i wykorzystywać wiedzę z odległych — pozornie — dziedzin. W biznesie na przykład.
Komuś w zarządzaniu przydało się harcerstwo — czyli społeczna robota. Inny wiele zawdzięcza matematyce. Pożyteczna okazuje się też literatura, historia, informatyka, chemia albo fizyka. Dyscypliny, o których wielu biznesmenów nawet nie myśli na co dzień, a do których mniejszość na co dzień się odwołuje.
Inżynierska precyzja
Jan Ryszard Kurylczyk: menedżer, czasem urzędnik i — lewicowy — polityk, który przeczyta tekst w klinowym piśmie Sumerów. Laureat prestiżowych, literackich nagród, erudyta o fotograficznej pamięci i wielkiej, choć to samouk, wiedzy historycznej. Świetny gawędziarz. Od lat przez jego życie przewijają się dwie pasje: historia starożytna i literatura. Napisał siedem książek o tematyce religijnej i historycznej. Dobrych książek.
Pomorze wiele w jego życiu znaczy. W koszalińskiej politechnice skończył inżynierię budowlaną, a specjalistyczne studia (budowa elektrowni jądrowych) w Politechnice Gdańskiej. Później przyszło podyplomowe studium na Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie — zdał egzamin państwowy na rzeczoznawcę majątkowego; studiował też marketing i zarządzanie. Był dyrektorem na budowie elektrowni Żydowo i Żarnowiec, a także generalnym projektantem gdańskiego Energoprojektu. W latach 1988-89 — wojewodą słupskim, od 2001 roku — pomorskim. W październiku tego roku został sekretarzem stanu w Ministerstwie Infrastruktury (odpowiada m. in. za budowę autostrad).
— „Czymże jest władza, przyjacielu? (...) Władza jest strachem o to, że się ją straci! A strach to tym większy, im więcej władza niesie korzyści” — komentuje zajmowane kolejno stanowiska słowami zapisanymi w swojej powieści „Ostatni apostoł”.
Fabułę wiąże z autentycznymi, udokumentowanymi wydarzeniami.
— Nigdy nie napisałem i nie napiszę książki, do której nie miałbym dystansu 500 lat. Granicą czasową mojej twórczości jest bitwa pod Grunwaldem — rok 1410. Perspektywa stu lat to dla mnie jeszcze teraźniejszość... Często musi upłynąć więcej czasu, by odkryć archiwa i ujawnić przyczyny zdarzeń. Dopiero z pewnego oddalenia da się dostrzec, co zamierzone, a co jest tylko przypadkowym „drgnieniem” historii. Współczesność? Żyjemy w ciekawych czasach, lecz aby o nich pisać, trzeba nabrać dystansu i... odrobiny cynizmu — tłumaczy Ryszard Kurylczyk.
Pracuje nad trylogią poświęconą historii Słowiańszczyzny. Ukazał się już „Słowiański przedświt”, w przygotowaniu — „Słowiański świt”.
— Piszę codziennie. Czeka na mnie „Słowiańskie południe” — zdradza plany Ryszard Kurylczyk.
I co jeszcze? Tytuł mniej erudycyjny, pisany „nie-kurylczykiem” — czyli kryminał historyczny. Tajniki warsztatu literackiego? Przygotowanie powieści zabiera mu jakieś 15 lat. Jednocześnie zbiera źródła do kilku książek. Sporządza kilka tysięcy stron notatek: cyzelowane — finiszują blisko stustronicowym tomikiem. W ascetycznych, precyzyjnie, „po inżyniersku” skonstruowanych tekstach zawiera mnóstwo informacji, świadomie rezygnując z sążnistych opisów i drobiazgowych charakterystyk bohaterów. Formułą przeniesienia odruchów literackich do codzienności jest językowy puryzm.
— Staram się mówić i pisać zawsze poprawnie. Wiem już, co szepczą o tym w ministerstwie na korytarzach... Tak, jestem pedantem — nie podpisuję pism, których ktoś nie przygotował poprawnie w języku polskim. Poprawiam je osobiście — mówi Ryszard Kurylczyk.
Ile jeszcze z historyka literata w ministrze?
— Sądzę, że w resorcie zmieniłem nieco punkt widzenia na wiele spraw — choćby w budownictwie. Chcę, byśmy rozmawiali nie tylko o codzienności, która czasem nas stresuje, depcze. Na cotygodniowych posiedzeniach poddaję pod dyskusję temat abstrakcyjny — np. rozmawiamy, jakimi pojazdami będziemy poruszali się za 50 lat. Pozornie — dziwactwo. Ale decydujemy przecież, jak będą wyglądały w przyszłości drogi, koleje, lotniska... Może za parę lat — jak niegdyś Ford wymyślił samochód — ktoś wymyśli grawilot i trzeba będzie się pozastanawiać nad korytarzami przestrzennymi, a autostradami już nikt się zajmować nie będzie... — opowiada Ryszard Kurylczyk.
A inżynieria?
— Z natury zawodu staram się być precyzyjny. Poza tym, kto raz połknął bakcyla dużej budowy... — uśmiecha się Ryszard Kurylczyk.
Jeśli dzisiaj usłyszałby, że w Polsce buduje się dużą elektrownię jądrową — bez względu na to, co robi i gdzie jest — zgłosiłby się natychmiast.
— Wszystko w moim życiu się przeplata. To ta sama rzeka doświadczeń. Tylko prądy w jej nurcie są zmienne — coś, co w danym okresie fascynuje bardziej, staje się nurtem bardziej bystrym. Polityka jest chwilą. Doświadczenie, wiedza dają mi szansę, a historia jest moją miłością. Ci, co mnie znają, wiedzą, że mówię prawdę — dodaje Ryszard Kurylczyk.
Molekuły emocji
Rybak dalekomorski, doktor informatyki, doktor habilitowany chemii — Janusz Leon Wiśniewski. Jego program komputerowy stosuje wiele najważniejszych firm chemicznych na świecie. Wydał w Polsce trzy książki beletrystyczne: „Samotność w Sieci”, „Zespoły napięć” oraz — ostatnio — „Los powtórzony”. Wszystkie to już bestsellery.
Żywi przekonanie, że każdą wiedzę da się wykorzystać w literaturze.
— Informatyka pozwoliła mi nadać „Samotności w Sieci” strukturę, zlogarytmizować fabuły, połączyć wszystko w spójną całość. Pisząc „Samotność...”, miałem w głowie rodzaj schematu blokowego. Segment po segmencie... Samo pisanie było przekładaniem go na słowa i emocje, rodzajem programowania. I chemia jest w tej książce wszechobecna. Głównie poprzez molekuły emocji. Nie wymieniam ich z nazw, bo to przecież beletrystyka, ale — pisząc o nich — widziałem ich struktury. Zanim habilitowałem się z chemii i doktoryzowałem z informatyki, byłem magistrem fizyki. Bez fizyki nie byłoby w „Samotności...” na przykład wątku z mózgiem Einsteina. Mało kto przed „Samotnością...” wiedział, co stało się z mózgiem geniusza po jego śmierci — opowiada Janusz L. Wiśniewski.
Ktoś nawet w recenzji prowokacyjnie napisał, że to „książka popularno-naukowa z wątkiem miłosnym”. Beletrystyka niewiele jednak ma wspólnego z „algorytmami konwersji tablic połączeń atomów struktur chemicznych w nomenklaturę chemiczną”. A tym Wiśniewski się zajmuje — i z tego żyje na co dzień, pracując dla amerykańskiej firmy IT we Frankfurcie nad Menem. O tym także pisze książki, chociaż trudno je znaleźć na listach bestsellerów. Współredaguje znane naukowe czasopismo chemo-informatyczne „Molecules”, wydawane w Internecie.
— W naukach ścisłych emocjami, które przydają się najbardziej, są ciekawość i zwątpienie. Ciekawość po to jest, aby się nie zatrzymać w poszukiwaniu. Zwątpienie — by przypadkiem nie uwierzyć, że to, co się znalazło, jest ostateczne i najlepsze. Potem należy emocje wyłączyć, bo przeszkadzają w obiektywnym poszukiwaniu prawdy. W pewnym momencie mego życia nieustanne „robienie nauki” bardzo mnie emocjonalnie schłodziło. I wtedy wkroczyła do niego literatura. Ale — z drugiej strony — na moją pracę naukową nie ma wpływu — ocenia Janusz L. Wiśniewski.
Wykłada w Pomorskiej Akademii Pedagogicznej w Słupsku.
— Tam czuję pewien wpływ literatury na pracę zawodową. Studenci najpierw przychodzą po wpis do indeksu, a potem — po wpis do moich książek — śmieje się.
Słodycz matematyka
Prawnuk założyciela firmy A. Blikle — obecnie udziałowiec większościowy i prezes zarządu — Andrzej Jacek Blikle nie był w dzieciństwie przygotowywany do pracy w rodzinnym interesie. Wybrał studia matematyczne, jako specjalizację — pionierski wówczas kierunek: matematyczne podstawy informatyki. Rok po ich ukończeniu podjął studia doktoranckie w Instytucie Matematycznym PAN. Jego recepta na sukces? Zajmować się tym, co naprawdę człowieka fascynuje — 60-70 godzin tygodniowo przez pierwsze 25 lat.
— Matematyka... Ten wybór sprawdził mi się i życiowo, i finansowo — mówi Andrzej Blikle.
Jeśli ktoś urodził się w kantorze szefa cukierni, to nie uniknie — mimo zaangażowania w naukę bez reszty — cukierniczego przeznaczenia.
— Nie raz przypadek decydował o zmianach w moim życiu. W styczniu 1990 roku nie było śniegu w Zakopanem i urlop narciarski nie miał sensu. Pomyślałem: oto los zsyła dwa tygodnie, bym mógł się przyjrzeć sytuacji w rodzinnej firmie. I potem już wiedziałem, że muszę ją rozwinąć albo zamknąć. Można powiedzieć, że narodziłem się wtedy po raz drugi — mówi Andrzej Jacek Blikle.
W latach 1990-2000 firma mocno zmieniła się organizacyjnie.
— Gdy się nią zająłem, jej struktura zarządzania była dwupoziomowa: szef i reszta. Pierwsze, co zrobiłem, to zacząłem ją na nowo budować. Wówczas z mojej pracy naukowej przydały się „miękkie” umiejętności: analiza i synteza myślenia, zbieranie faktów i wyciąganie wniosków, a z informatyki: budowanie struktur i układanie procedur działania — mówi Andrzej Jacek Blikle.
Znajomość programowania zaowocowała napisaniem przez niego własnego programu magazynowo-fakturowo-księgowego. Rozwój wiązał się z zatrudnieniem menedżerów z dyplomem MBA. Koszty przewyższały jednak ówczesne możliwości firmy.
— Postanowiłem, że zatrudnię ludzi legitymujących się wyższym wykształceniem w jakiejkolwiek dziedzinie — i będziemy razem uczyć się kierować firmą. Skończyłem rozmaite kursy zarządzania finansami, marketingu, PR, zarządzania zasobami ludzkimi we Francuskim Instytucie Zarządzania w Warszawie. Potem kupiłem rzutnik i zacząłem przekazywać pracownikom wiedzę z wykładów — wspomina Andrzej Jacek Blikle.
Belferskie zdolności przydały się na szerszą skalę w 1996 roku. Z biegiem czasu Andrzej Blikle stał się ekspertem — dzieli się wiedzą już nie tylko w swoim przedsiębiorstwie: prowadzi na przykład niejedno konwersatorium o kompleksowym zarządzaniu jakością (total quality management — TQM) oraz cykl konferencji Międzynarodowa Szkoła Jakości.
Wielką pasją Andrzeja Jacka Bliklego są góry — uprawia narciarstwo zjazdowe, ski- alpinizm, jeździ na rowerze górskim. Wiedzę o nich czerpał od przyszywanego wujka, Józka Krzeptowskiego — tatrzańskiego kuriera, który w czasie wojny nosił prasę podziemną i listy na Węgry, przeprowadzał też przez zieloną granicę brytyjskich lotników.
— Góry dały mi umiejętność szybkiego dyscyplinowania się. Nauczyły przewidywać sytuacje nieoczekiwane — tak, by być zawsze przygotowanym na zmiany — sumuje Andrzej Jacek Blikle.
Harcerz — bankierem
W kilkanaście lat rodzina Cacków z Piaseczna, startując z poziomu pracy etatowej, stworzyła finansową grupę kapitałową. W jej skład wchodzi Dominet, jedyny w Polsce bank komercyjny, wykorzystujący model partnerski.
Nic się nie zmienia: motorem napędowym grupy pozostaje Sylwester Cacek. Dziś jest absolwentem Polskiej Międzynarodowej Szkoły Zarządzania, ale mówi, że przedsiębiorczości nauczył się w harcerstwie. Pod koniec lat 80. zeszłego wieku był etatowym pracownikiem ZHP — komendantem hufca. W wakacje 1989 r. zarobił za granicą kilka tysięcy dolarów — i wówczas podjął decyzję, by popróbować sił w samodzielnym biznesie. Zaczął od handlu sprzętem elektronicznym.
— Na każdym etapie swego menedżerskiego rozwoju zdobywałem doświadczenia, procentujące później. Działalność społeczna miała charakter parabiznesowy. Musiałem troszczyć się o zapewnienie na nią środków. Własny biznes wymagał też dogłębnego poznania przepisów i ich stosowania w praktyce — mówi Sylwester Cacek.
Kiedy zdecydował się sprzedawać na raty, z początku obywał się bez pomocy banków — dopiero po 2 latach zaczął współpracę z Glob Bankiem, Pomorskim Bankiem Kredytowym, PKO BP i BRE Bankiem. Od 1995 roku grupa skoncentrowała się na kredytowaniu zakupów używanych samochodów i na tym rynku — po kilkunastu latach — Dominet stał się liderem. Pod koniec lat 90. spółki pośrednictwa kredytowego zaczęły przejmować banki. A inna droga — by ocaleć? Kupić bank! Cuprum Bank!
— Sam jestem inicjatorem zmian. Taka chęć wynika najczęściej z niezadowolenia z sytuacji. Cechy, które w biznesie przydały mi się najbardziej, to wytrwałość i konsekwencja. Nie zrażam się niepowodzeniami. Staram się zawsze mieć plan awaryjny — mówi Sylwester Cacek.
Filozof i trunki
Pewnien student filozofii pod koniec lat 80. zaczął handlować europaletami. Po roku sukces finansowy był już tak znaczący, że Janusz Palikot założył firmę Ambra, która wkrótce została największym graczem na rynku win musujących. Okrzyknięto go królem wina. Po kilku latach sprzedał swoje udziały w Ambrze, a zarobione pieniadze zainwestował w Polmos Lublin. Życiowe motto prezesa Polmosu Lublin jest krótkie: „Wszystko rób z pasją, a pieniądze przyjdą później”. Jakoś tak za pięknie brzmi...
— Jestem filozofem. Filozofem nie bywa się w godzinach popołudniowych lub rano przed śniadaniem. Filozofem nie można przestać być nawet, gdy się bardzo tego chce. Jestem także przedsiębiorcą. Jaka jest różnica między menedżerem a przedsiębiorcą? Menedżer nieraz używa wiedzy humanistycznej — psychologii (do zarządzania ludźmi), socjologii (do analizy potrzeb konsumentów), kulturoznawstwa i wielu innych... Wszystkie te umiejętności mają jednakże dla niego znaczenie technokratyczne: służą czemuś. To mogą być zadania postawione przez właściciela, cele zarządu, a nawet osobiste mistrzostwo w zarządzaniu. Ale zawsze jego wiedza jest tylko środkiem do celu. Zupełnie inaczej z filozofią i z byciem przedsiębiorcą. To po prostu nie zawód! To cały człowiek! — mówi z emocją Janusz Palikot.
Ale przecież nie każdy właściciel jest przedsiębiorcą. Tak rozumianym.
— Przedsiębiorca to człowiek zdolny do przed-się-brania. Ta umiejętność jest narzucającym się sposobem obchodzenia z każdą rzeczą, sprawą, relacją. Wielkość i wartość — zysk z przedsięwzięcia nie ma tu nic do rzeczy. Należy do sprawy — jako czynnik wewnętrzny. I wszystko... To nie cel, lecz efekt działania — tłumaczy Janusz Palikot.
I dodaje: podobnie z filozofem — można nim być, nie znając filozofii. Albo też — mimo studiów i tytułów — można nim nie być...
— Do istoty filozofii należy umiłowanie mądrości — taki sposób przyglądania się światu, który jest bezinteresowny, oznacza tylko nastawienie na zdobywanie mądrości. Tym filozofia różni się od każdego innego rodzaju wiedzy: ciągłym wywoływaniem w sobie pewnej postawy. Czy to obraz idealistyczny? Nie, bo niewielu jest filozofów i niewielu przedsiębiorców. No pewnie, że nie każdy przedsiębiorca jest filozofem, ale podobne jest tu przyglądanie się światu... — mówi Janusz Palikot.
Polmos Lublin to jedna z dróg biznesowych Janusza Palikota. Drugą jest Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, w którym ma połowę udziałów. Ten zakup to efekt słabości do publikowanych w nim książek — z literatury, nauk humanistycznych, sztuk pięknych i filozofii.
W jakim sensie konkretnie filozofia służy mu w biznesie?
— To dla mnie jasność widzenia. Tu intuicja przedsiębiorcy spotyka się od razu z oglądem całości. Być może bez filozofii tworzyłbym inne firmy... Być może mniejsze... — zastanawia się Janusz Palikot.
Jak filozof.
