Egzamin do Unii Europejskiej zdaliśmy na trójkę. Ale byłaby dwója, gdyby pominąć efekt negocjacji nicejskich z 2000 r.! To ocena naszego „last action hero”, który za Niceę skoczyłby w ogień...
„Puls Biznesu”: Ciągle Pan chce umrzeć za Niceę?
Jacek Saryusz-Wolski: Pyta pan, czy ciągle uważam, że ta kwestia jest dla Polski najważniejsza?
Nie odmówiłem sobie pytania, które zwykli zadawać moi koledzy po fachu...
Stanowisko Platformy Obywatelskiej jest w tej kwestii jasne, mówi o nim jednoznacznie uchwała rady krajowej z 20 marca 2004 r.
Ale hasło „Nicea albo śmierć” zrodziło się podobno w pańskiej głowie. W sobotę wchodzimy do Unii i co, wciąż jest aktualne?
Obrona nicejskiej pozycji Polski nadal powinna obowiązywać. Rzecz jasna nie należy unikać kompromisu. Ale system proponowany przez konwent pozostaje dla nas niekorzystny. Trzeba zatem utrzymywać nasze stanowisko i dążyć do rozwiązań dla Polski satysfakcjonujących.
Według Michała Czaplickiego z Instytutu Spraw Publicznych, kompromis winien bardziej dotyczyć walki o utrzymanie wysokości składki do unijnego budżetu na obecnym poziomie (1,27 PKB), nie zaś upierania się przy 27 mandatach w Radzie Unii Europejskiej... Racja?
Ależ te dwie sprawy nie mają ze sobą związku. Czym innym są negocjacje budżetowe, a czym innym rozmowy o zasadzie głosowania w Radzie Unii Europejskiej. Kiedy mówię o Nicei, za każdym razem mam na myśli nicejski system głosów ważonych, w odróżnieniu od systemu opartego na demografii, który jest proponowany.
Całkiem Pan odrzuca tzw. system podwójnej większości?
Tak. Dla krajów średniej wielkości — jak Polska i Hiszpania — jest on niekorzystny, podobnie jak dla większości innych mniejszych i uboższych państw. Trudniej im będzie forsować swoje pomysły, m.in. zabiegać o korzystny dla nich kształt polityki strukturalnej.
Ale unijni eksperci wyliczyli, że po 1 maja — zgodnie z nicejskim modelem potrójnej większości — tylko 2 proc. kombinacji głosowań w Radzie Unii Europejskiej może przynieść sukces. Czyli Nicea to paraliż dla Unii, a przejście na system traktatowy to sprawne decyzje rady...
Proszę pana, to takie teoretyczne rozważania, które nijak się nie mają do rzeczywistości. Przecież „Europa nicejska” potrwa do 2009 roku. Jak to: system absolutnie — jak twierdzą „eksperci” — blokujący, dopuszcza się jeszcze przez 5 lat? Nie! To nie są przekonujące argumenty!
Niepoważne?
Dokładnie. To zawracanie głowy — jak można oceniać rozwiązanie, które jeszcze nie było w użyciu. Należy postawić pytanie: dlaczego już dzisiaj zmieniać system, co do którego jest zgoda, że będzie działał przez następne 5 lat? Po co ten pośpiech? Nie można o tym porozmawiać za trzy, cztery lata, kiedy system nicejski zostanie wypróbowany?
Pan powiedział, że nie możemy sobie pozwolić, by al-Kaida pisała konstytucję europejską. Ale inna jest rzeczywistość — wystarczy spojrzeć na politykę Hiszpanii. Stanowisko rządu Zapatero jest już dość jasne...
Nie, stanowisko Hiszpanii nie jest do końca wyraźne. Wystąpienia premiera Zapatero opierają się na ogólnych sformułowaniach...
Ale padają też precyzyjne stwierdzenia. Miguel Angel Moratinos — minister spraw zagranicznych Hiszpanii — podczas rozmów z francuskim odpowiednikiem, Michelem Barnierem, oficjalnie zadeklarował, że rząd Zapatero poprze zasadę tzw. podwójnej większości w przyszłej konstytucji UE. Europa usłyszała to 23 kwietnia w Madrycie. Wyraźnie.
Wiem. Ale nie wiadomo, co dokładnie znajduje się na stole negocjacyjnym i czego się Hiszpania domaga w ramach tej zasady? Poza tym... Wersje dla mediów — z całym szacunkiem — niekoniecznie muszą być zbieżne z tym, co się przewija w negocjacjach. Znając Hiszpanów i styl ich rozmów w czasach, kiedy rządzili socjaliści, można się domyślać, że zajmą raczej twarde i wymagające stanowisko.
Skoro już Pan wspominał o mniej oficjalnej rzeczywistości negocjacyjnej... Jakie były kulisy poufnych, gabinetowych negocjacji za rządów Jerzego Buzka? Podobno dzięki Pańskim zabiegom w Nicei udało się Polsce zyskać tak wiele? Prawda czy przesada?
To były intensywne kontakty bilateralne. Objechaliśmy wszystkie stolice członków Unii. Śledziliśmy przede wszystkim to, co w trawie piszczy, a niekoniecznie to, co na powierzchni zjawisk. Rzutem na taśmę osiągnęliśmy sukces — w pewne popołudnie pamiętnej nicejskiej soboty. Zdecydowała nasza błyskawiczna reakcja: oświadczenie, które podpisałem w imieniu premiera. Nota głosiła, że proponowana formuła głosowania w radzie (mieliśmy mieć mniej głosów niż podobnej wielkości Hiszpania) jest dla Polski nie do przyjęcia! To oświadczenie — przez sztab prasowy — trafiło na salę obrad! Doszło do rozmów z premierami niektórych rządów. I — koniec końców — skończyło się na pozytywnym dla nas zwrocie. Wygrana nicejska nie spadła z nieba. Wywalczyliśmy ją dzięki refleksowi, którego zabrakło Czechom; nie mieli go też Węgrzy... Oba kraje dostały mniej miejsc w Parlamencie Europejskim, bo czescy czy węgierscy politycy i negocjatorzy — po prostu — nie zdążyli na czas zaprotestować. Niełatwo im było potem tę decyzję zmienić.
Mając w pamięci tamte wydarzenia, jak Pan ocenia późniejszych rządowych ekspertów unijnych? Powiedzmy — Danutę Hübner i Jerzego Truszczyńskiego?
Przede wszystkim uważam, że to nicejskie zwycięstwo zostało, w jakiejś mierze, zaprzepaszczone. Główna przyczyna? Pasywność polskich reprezentantów w konwencie: zachowywali się tak, jakby — po prostu — przystawali na podwójną większość. Nie protestowali, nie walczyli... Druga strona miała powody, by sądzić, że to rozwiązanie dla Polski do przyjęcia. A nie było!
„Wchodzimy do Unii w stanie poważnego nieprzygotowania do członkostwa: ustawy, fundusze, kadry... Z gorszymi warunkami, niż można było wynegocjować. (...) 1 maja zszedł w Polsce z pierwszego planu, cień rzuca sytuacja polityczna, nieskończone przygotowania do członkostwa w Unii, nieprzeprowadzona reforma finansów publicznych”. To zbitek ostatnich Pańskich wypowiedzi w mediach...
W tych cytatach zostało już wszystko powiedziane.
Nic by Pan nie chciał dodać?
Można by jeszcze rozważać: co by było, gdybyśmy inaczej rozegrali konwent? Tylko jak? Przecież nie było w tej sprawie ani mandatu Sejmu dla rządu, ani żadnej debaty. No i nasi przedstawiciele działali... po angielsku to się mówi: in personal capacity, czyli w imieniu własnym. Czasem dawali do zrozumienia, że się na wszystko zgadzają, a niektórzy wręcz potwierdzali to podpisem. Poza tym panował między nimi brak koordynacji, brak strategii. To nie są przecież tajemnice... W kilku książkach o konwencie wszystko opisano czarno na białym. Główny mankament: polskie stanowiska zmieniały się, były niekonsekwentne. Staliśmy się mało wiarygodni i dla małych krajów (momentami popieraliśmy duże), i dla dużych (były chwile, kiedy trzymaliśmy z małymi). Absolutny brak strategii! W nieskończoność można by rozwijać wątek: co można było lepiej wynegocjować, także jeśli chodzi o negocjacje akcesyjne? Strategia negocjacyjna rządu premiera Buzka przedkładała jakość nad szybkość. Przyjęliśmy na przykład założenie, by ewentualnej zgodzie na odroczenie dostępu do rynku pracy towarzyszyła rekompensata finansowa. W rolnictwie natomiast ważne były nie tylko finanse, lecz — choćby — kontyngenty. Trudno odpowiadać na pytanie: co by było gdyby? Ile więcej, ile lepiej? Ale — w moim odczuciu — wynik końcowy jest poniżej tego, co można było uzyskać.
A tak bardziej precyzyjnie?
Podczas ćwiczeń ze studentami przeszliśmy przez 30 rozdziałów traktatu akcesyjnego. Każdemu daliśmy szkolną ocenę od 2 do 5. Wyszła nam średnia — 3,3. Czyli wynik pomiędzy trójką a trójką z plusem...
No to pozytywnie!
Ale uwaga! Razem z nicejskimi warunkami głosowania! Bo — w generalnej ocenie — warunki ekonomiczne wynegocjowaliśmy poniżej oczekiwań — na trójkę ledwo, ale za to dobre są warunki polityczne — pozwalają z marszu (już po 1 maja) mieć nadzieję na poprawę ogólnych parametrów naszego członkostwa. Z tym że nawet minimalne pogorszenie tej politycznej strony akcesji powoduje, że bilans sumaryczny jest gorszy.
Pan się lubuje w angielskiej terminologii. Co to „care taker government”?
Rząd techniczny.
Jedynie administrujący Polską. A potem mocno przyśpieszone wybory?
Sytuacja w kraju zmienia się dynamicznie. Obecny rząd nie ma sił przeprowadzić zasadniczych reform — w tym reformy finansów, od której zależy, czy właściwie wykorzystamy szanse w Unii. Polska nie jest też dzisiaj w stanie rozstrzygnąć najtrudniejszych kwestii spornych z Unią — traktatu konstytucyjnego i przyszłego budżetu. Bo nie może tego robić gabinet bez silnego mandatu politycznego. Żadne prowizorki, przedłużające obecną sytuację, nie są dobre. Jest potrzeba przyśpieszonych wyborów — najlepiej razem z wyborami europejskimi. To nie jest widzimisię tej czy tamtej partii, lecz fakty. Tylko w takiej perspektywie nie zaprzepaścimy szans na mocną pozycję i dobry start w Unii Europejskiej.
Mówi to Pan jako członek gabinetu cieni Platformy Obywatelskiej?
Nie ma jeszcze takiego gabinetu.
Każde profesjonalnie zorganizowane ugrupowanie polityczne ma. Mniej lub bardziej oficjalnie. Słychać — także w kręgach Platformy — że będzie Pan szefem resortu spraw zagranicznych albo...
Spekulacje! Zwłaszcza medialne! Jeżeli powstanie rząd cieni Platformy Obywatelskiej — podamy to do publicznej wiadomości. Na razie go nie ma.
