Sacha Baron Cohen: konserwatywny anarchista

JAZZ
opublikowano: 2009-05-29 00:00

Pomysł na zawodowe życie tego anarchisty jest właściwie ten sam: wejść w rolę outsidera, ignoranta, skrajnego i nietolerancyjnego w sądach, niszczyciela nudnych reguł poprawności politycznej.

Właśnie taki jest od lat, wcielając się w trzy silnie przerysowane persony, które do masowej wyobraźni trafiły poprzez telewizję i filmy. W niby-dokumentalnych sekwencjach Borat Sagdijew, dziennikarz kazachskiej telewizji państwowej, przemierza kontynent, by poznać niezrównaną amerykańską kulturę i styl życia. Po co? Tytuł filmu mówi wszystko ("Borat: Podpatrzone w Ameryce, aby Kazachstan rósł w siłę, a ludzie żyli dostatniej"). Antysemita i mizogin napotkanym krajowcom zadaje pytania i dzieli się z nimi swoimi szokującymi opiniami i przekonaniami, wywiedzionymi rzekomo z realnych, kazachskich doświadczeń. Znacie? To posłuchajcie: Pełne kinowe sale. Wybuchł skandal, rząd Kazachstanu chciał protestować, ale w porę zrobił dobrą minę do złej gry i oświadczył, że właściwie to niezła dla jego kraju reklama… Niewielu wie, że w tle tego przepoczwarzenia stała inna, podobna, przebieranka z samego początku kariery Cohena: fikcyjny albański reporter Kristo.

Ali G w ujęciu Sachy to raper-dziennikarz z prowincjonalnego miasteczka, którego głupota, niestosowność pytań obezwładniają i szokują. Jego rozmówcy nie rozpoznają mistyfikacji zapewne przytłoczeni ambarasem, jaki robi wokół siebie gość, przyjeżdżając w ostatniej chwili. I dają się wciągnąć w absurdalne dialogi (m.in. Noam Chomsky, Shaquille O’Neill, Donald Trump, Mohamed Al-Fayed, David Beckham). Próbka? Kosmonautę Buzza Aldrina zapytał, dlaczego ludzie nie wylądowali na Słońcu. Kiedy ten całkiem serio i cierpliwie odparł, że jest tam za ciepło, Ali G poradził, by wobec tego zrobić to w zimie…

Bruno jest natomiast dziennikarzem austriackiej telewizji. Ekstrawagancko ubrany, niekryjący homoseksualnej orientacji, koncentruje się na modzie, świecie celebrytów (ich robocie oraz pozach) i na homoseksualizmie właśnie. I nieustannie prowokuje — podpuszczając rozmówców — niespodziewane reakcje. Na lipiec zaplanowano premierę filmu, w którego centrum stanie ów Austriak (czyli Cohen). Umiejętnie dozowane przecieki pozwalają przypuszczać, że znów nie obejdzie się bez skandalu. A to Paula Abdul dała się oszukać, nie rozpoznając w czasie wymiany zdań prowokatora, a to jeden z czarnoskórych aktorów ma przypominać jako żywo Jezusa — ale bynajmniej nie w boskiej roli. No i to naigrawanie się z Madonny… W filmie Bruno — wraz ze swoim partnerem — adoptuje murzyńskiego chłopca. Wyciąga go na lotnisku z kartonowego pudła, które przyfrunęło z Afryki, ze zdankiem: "Angelina ma jedno, Madonna ma jedno, a teraz i Bruno ma…".

Ot, zawodowy skandalista. A prywatnie? Cohen nie wyróżnia się ostentacją i ekstrawagancją. Uchodzi za dżentelmena. Żyje w zgodzie z regułami, tradycyjnie. Narzeczona chwali jego poczucie odpowiedzialności, romantyzm i humor (który jednak w życiu prywatnym starannie trzyma na wodzy).

Sacha Baron Cohen odebrał tradycyjne, staranne wykształcenie (m.in. prywatna szkoła w Elstree), studiował też historię w Christ`s College w Cambridge, gdzie napisał pracę o żydowskim wkładzie w amerykański ruch praw obywatelskich, uwypuklając tragiczny epizod: śmierć trzech aktywistów w 1964 roku.

Rodzina Cohena ma międzynarodowe korzenie. Matka Sachy — najmłodszego z trzech braci — Daniella urodziła się w Izraelu, ojciec — Gerald Baron Cohen — w Walii, przodkowie zaś — w Niemczech i na Litwie. Jeden z braci, Erran jest znanym muzykiem i kompozytorem (stworzył m.in. song o Kazachstanie do "Borata"), kuzyn zaś — cenionym naukowcem z Cambridge, specjalistą od autyzmu.

Sam Cohen przywiązuje wagę do tradycji ojców, je koszerne potrawy, przestrzega nakazów szabatu. Jego narzeczoną jest Australijka Isla Fisher, którą poznał siedem lat temu, gdy była jeszcze początkującą aktorką. W 2007 roku przyszło na świat ich dziecko Olive. Ślubu jednak — w obrządku żydowskim, bo innego "Borat" sobie nie wyobraża — jak nie było, tak nie ma (mimo parokrotnych zapowiedzi). Raz na przeszkodzie stanął brak znajomości Tory przez kandydatkę, innym razem — jej luki w wiedzy o historii i kulturze Izraela. W każdym razie Isla podtrzymuje zamiar przystąpienia do gminy żydowskiej. Utwierdza ją w tym matka Sachy, która — zwłaszcza po wielkim sukcesie przyszłej synowej w hollywodzkiej komedii "Wyznania zakupoholiczki" — zarzuca aktorce, że zbyt mało czasu poświęca rodzinie. Niektórzy przypuszczają zresztą, że młodzi są już dawno po ślubie i śmieją się w kułak z ustawicznego zwodzenia cierpiących z ciekawości amatorów kolorowych pism.

W jednym tylko 37-letni Cohen stoi okoniem: nic sobie nie robi z krytyki swojej pracy. Rabini z Wysp usiłowali go na przykład skłonić do zaprzestania występów, bo podobno nie licuje z godnością, by bogobojny Żyd tak się wygłupiał, prowokując innych do antysemickich reakcji.

A czy błazenada Cohena czemuś służy — poza czystą prowokacją i zapełnianiem portfela aktora-satyryka? Jedni ograniczają się do epitetu: wulgarne chamstwo. Inni popadają w drugą skrajność: "socjologiczny, epicki portret dramatu naszych czasów". Ani jedno, ani drugie. Borat, Ali G i Bruno to ożywione schematy (fałszywych) wyobrażeń i uprzedzeń, jakie społeczeństwa zachodnie żywią wobec obcych, innych, wykluczonych. Taka okrutna grafika, niektórych z tłumu prowokująca do myślenia. Nic innego nie robił kiedyś Guenter Wallraff — w serii książek-reportaży wcieleniowych, kiedy na własnej skórze przekonywał się, jak naprawdę z pozycji outsidera wygląda świat niemieckich "porządnych obywateli". Cohen skrzywia wizerunek przez niepohamowany humor, Wallraff robił to samo przez lewicowe korzenie, od których — w imię obiektywizmu — nie do końca potrafił się odciąć. Ale obaj dawali do myślenia. A o to przecież chodzi. Przynajmniej od czasu do czasu.

Jeśliby ktoś nie wiedział, jak wygląda jazda bez trzymanki, powinien prześledzić karierę, a zwłaszcza estradowo-filmowe przebieranki Sachy Barona Cohena. Prywatnie — deklarują bliscy — to zupełnie inny, nieco konserwatywny, człowiek.