Producenci jabłek i powiązane z nimi firmy są w finansowej zapaści, a tegoroczne ceny — jeszcze niższe niż ubiegłoroczne — ich dobijają. Z tego powodu wyszli na ulicę, a jednym z postulatów strajku sprzed dwóch tygodni było ponowne otwarcie rynku rosyjskiego, bo to oni — jak tłumaczą — są ofiarą sankcji. Resort spraw zagranicznych właśnie odpowiedział na postulaty sadowników.

Podkreśla, że to nie sankcje „mające na celu powstrzymanie agresywnejpolityki, lecz ograniczenia handlowe wprowadzone bez uzasadnienia przez Moskwę” są przyczyną problemów polskich sadowników. Nie pozostawia złudzeń: nic się nie zmieni.
„Ministerstwo Spraw Zagranicznych uważa, że obecnie sprawą najważniejszą jest kontynuowanie dalszych działań na rzecz znalezienia rynków alternatywnych dla eksportu polskich jabłek i innych owoców” — czytamy w piśmie w przesłanym do Związku Sadowników RP.
Resort podkreśla, że dzięki zaangażowaniu ministerstw, ambasad, ale też producentów spadek dostaw na rynek rosyjski został zrekompensowany w 2014 r. (czyli w roku wprowadzenia embarga) dostawami do innych odbiorców.
Najmocniej wzrosły dostawy do Francji, Wielkiej Brytanii i Algierii, a z bardziej egzotycznych rynków — do Hongkongu. Sadownicy powtarzają jednak jak mantrę: sęk w tym, że Rosja była nie tylko największym odbiorcą naszych jabłek, ale kupowała odmiany, które nie są powszechnie akceptowane w krajach Europy Zachodniej.