KNF ma wystarczające kompetencje do ścigania manipulacji, ale jest zbyt zachowawcza — mówi Jarosław Dominiak.
"Puls Biznesu": Komisja Nadzoru Finansowego zapewnia, że coraz lepiej radzi sobie ze ściganiem manipulacji kursami akcji na GPW. Czy inwestorzy indywidualni to dostrzegli?
Jarosław Dominiak, prezes Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych: Niekoniecznie. W sidła KNF trafiają jedynie płotki: drobni inwestorzy. Z doświadczeń naszego stowarzyszenia wynika przy tym, że często chodzi o sprawy, które wcale nie są jednoznaczną manipulacją, a ich szkodliwość, choćby ze względu na skalę, jest znikoma. Za to "grube ryby", których działania rzeczywiście psują rynek, do tej pory mogą czuć się bezpiecznie.
— A może po prostu wszystkie "grube ryby" grają czysto?
— Każdy, kto obserwuje warszawski rynek, widzi jasno, że tak pięknie to nie jest. W sprawach dotyczących inwestorów instytucjonalnych nie widać takiej determinacji KNF, jak w przypadku małego Kowalskiego. A przecież to na nieczystych zagraniach instytucji tracą tysiące ludzi.
— Może nie jest tak źle? Przecież w reakcji na fixing cudów z 12 listopada 2008 r. KNF wydała obszerny komunikat, a potem sprawą zajęła się ABW.
— Jedna jaskółka wiosny nie czyni. Nadzór na co dzień powinien pomagać inwestorom indywidualnym w "czytaniu rynku". Jeśli w przypadku jakiejś spółki jest podejrzenie o pompowanie kursu, niech KNF poinformuje o tym rynek. A na koniec postępowania niech pokaże, jakie konkretne działania podjął. Od kilku lat komisja ma możliwości występowania o bilingi czy informacje objęte tajemnicą bankową i skarbową. Czy z nich korzysta? Nie wiemy. Gdybyśmy wiedzieli, bylibyśmy spokojniejsi, a oszukujący zaczęliby się bać. To działałoby profilaktycznie.
— Może walka z manipulacjami jest zwyczajnie za trudna jak na obecne możliwości KNF, prokuratury i sądów?
— KNF ma wystarczające kompetencje, ale jak to urząd — jest zbyt zachowawcza. A prokuratura i sądy? Tu największy problem. Z naszego doświadczenia wynika, że w ogóle nie rozumieją tematyki rynku kapitałowego.