Kupili masarnię. I od razu ją zburzyli, by wybudować nową. Stawiają na jakość. Dziś debiutują na giełdzie.
Ż yjącego w warszawskim ogrodzie zoologicznym guźca (dzika świnia afrykańska) sprzedano w kwietniu 1996 r. do zoo w Stanach Zjednoczonych. W trakcie poprzedzającej podróż kwarantanny powalił opiekuna i czmychnął do podstołecznego lasu. Stał się bohaterem sezonu ogórkowego. O jego wyczynie informowały media. Nie tylko polskie, ale także BBC czy „Wall Street Journal Europe”. Nie pomogła obława z udziałem psów wytrenowanych w osaczaniu dzików, pułapki zastawiane w lasach i pościg z udziałem funkcjonariuszy policyjnych oddziałów prewencji. Zwierz nie wrócił do zoo, a jego los pozostaje nieznany.
Niemiec to tylko kolega
Zaledwie trzy miesiące przed eskapadą guźca z warszawskiego zoo w podrzeszowskiej Kielnarowej ruszyły Zakłady Mięsne Herman. Trofeum guźca zdobi gabinet jednego z założycieli firmy, byłego jej prezesa, a obecnie przewodniczącego rady nadzorczej. I choć Janusz Fiejdasz jest członkiem koła łowieckiego, to polskiego guźca nie ustrzelił. W kraju w ogóle rzadko poluje.
— Strzelić łatwo, ale od tego momentu zaczynają się kłopoty. Tuszę trzeba oprawić, wywieźć, sprzedać. Strzeli się pod wieczór i wraca do domu o pierwszej w nocy. Dlatego rzadko strzelam. Najczęściej na polowaniach zbiorowych, gdy trzeba wykonać plan odstrzału zatwierdzony przez nadleśnictwo — mówi Janusz Fiejdasz.
Woli na dwóch hektarach uprawiać buraki i topinambury (słoneczniki bulwiaste), którymi żywią się dziki w zimie. No i obserwować, filmować. Tym zaraził drugiego z trzech założycieli firmy, Sławomira Ruszla.
— Nie jestem członkiem koła łowieckiego i nigdy nie strzeliłem do żadnego zwierzęcia. Ale gdy o poranku wejdę na ambonę z aparatem fotograficznym lub z lornetką i popatrzę na dzikie zwierzęta, to kiedy wracam do Rzeszowa, zupełnie inaczej patrzę na rzeczywistość — rozmarza się Sławomir Ruszel, również współwłaściciel pola z topinamburem.
Skąd więc ten guziec? A obok niego oryks i wypchany szakal?
— Polowałem na safari w Namibii. Tam jest fajnie. Jeździ się samochodem terenowym. Temperatura rano wynosi zero lub jeden stopień, a w południe — 25 stopni. Pierwszy raz byłem w Afryce 10 lat temu. Potem miałem przerwę. Ale w ostatnich pięciu latach jeździłem tam co roku. Zaprzyjaźniłem się nawet z człowiekiem, który organizuje safari na 10 tys. hektarach swojej farmy — opowiada Janusz Fiejdasz.
Jak większość białych w Namibii, kolega Janusza Fiejdasza jest Niemcem. Zakłady Mięsne Herman to jednak czysto polski biznes.
— Na początku, kiedy nasze wyroby pokazały się na rynku, pojawiały się sugestie, że Herman jest firmą niemiecką. Nieprawda. Nasz zakład znajduje się w Kielnarowej, ale na granicy z Hermanową. Ta druga jest dużą wsią i właśnie od niej pochodzi nazwa firmy — wyjaśnia Sławomir Ruszel.
Zakład powstał na miejscu innego. Kiedy go kupowali, właściciele Hermana mieli już hurtownię mięsno-wędliniarską i gospodarstwo rolne nastawione na hodowlę świń. Sto sztuk matek rasy polskiej białej zwisłouchej krytych przez knury rasy pietrain pozwalało na utrzymywanie pogłowia około 2 tys. tuczników. Do tego 200 sztuk bydła i 400 ha pod pługiem.
Kupiona masarnia nie była dobrą inwestycją. Najwartościowsza okazała się jej lokalizacja. Zaledwie 10 km od Rzeszowa. Budynek rozebrali, a na jego miejscu powstał nowy z zupełnie nowymi maszynami.
— W sensie technologicznym zakład nie przedstawiał żadnej wartości. Był prywatny, ale wyglądał jak geesowska masarnia. Taka tradycyjna rzeźnia. A to były już lata 90. Do Polski wchodziły nowe technologie produkcji i zaczynały powstawać nowoczesne zakłady mięsne. Przyjrzeliśmy się im dość dokładnie. Ściągnęliśmy fachowców i postawiliśmy nowoczesny zakład — relacjonuje Sławomir Ruszel.
Inwestycje finansowali z kredytu. Po roku wiedzieli, że na rynku się utrzymają. Planowali zająć miejsce upadających państwowych zakładów mięsnych z Rzeszowa, ale chęci nie zawsze wystarczały. Nad niektórymi produktami trzeba było długo pracować.
— Każdy zakład ma duszę. Każdy jest niepowtarzalnym żywym organizmem z tysiącem instalacji. Mimo że ma się recepturę, nie w każdym zakładzie każdy wyrób da się zrobić. Państwowe rzeszowskie zakłady mięsne robiły kiełbasę głogowską. Zawsze dobrą. Niektórzy z tych ludzi pracowali potem u nas i długo nie potrafili osiągnąć pożądanego rezultatu. Musieli poznać zakład i maszyny — wspomina Janusz Fiejdasz.
Być może nie byłoby problemów, gdyby poszli na skróty. Ale nie. Właściciele Hermana od początku postawili na jakość. Żadnej wody lejącej się z rozfoliowanej wędliny.
— Od początku jest z nami ta sama pani technolog. Wcześniej pracowała w innym zakładzie, ale jak ją zatrudnialiśmy, od razu powiedzieliśmy: żadnych cudów, żadnych przekrętów. Lepiej na bakutil wyrzucić tonę niż wypuścić na rynek 50 czy 100 kg złego towaru — podkreśla Janusz Fiejdasz.
— W interesie można albo małą łyżeczką albo chochlą. Jeżeli ktoś zasuwa chochlą, bo jest nastawiony na agresywny zysk, to jemu będzie lała się woda. My sobie pracujemy spokojnie, a i tak swoje zarobimy — dodaje Sławomir Ruszel.
Zalety własnych sklepów
Zakłady Mięsne Herman mają sieć 54 własnych sklepów. Rano przyjeżdża do nich świeży towar. Wieczorem w kasie firmy jest już gotówka. Jednak poza poprawą płynności promują one markę i wymuszają utrzymanie jakości produktów.
— Klienci wiedzą, że u nas jest troszeczkę drożej, ale towar świeży i dobry. Gdybyśmy do własnych sklepów zaczęli dostarczać wątpliwej jakości produkty, ponieślibyśmy potężne straty. Stracilibyśmy w oczach klientów. A oni są najważniejsi. Kiełbasę można zrobić jednego dnia złą, drugiego dobrą. Ale jak się straci klienta, odzyskać go jest bardzo trudno — mówi Janusz Fiejdasz.
O tym, że ta strategia się sprawdziła przekonali się w 2006 r., kiedy spaliły się Zakłady Mięsne Herman. Miesięczny przestój udało się jednak przetrwać. Klienci ponownie sięgnęli po wędliny z Kielnarowej, gdy trafiły do sklepów. n
Całe życie w branży
Założyciele Zakładów Mięsnych Herman — Janusz Fiejdasz, Sławomir Ruszel i Marian Mirosław — zasiadają w radzie nadzorczej spółki. Od 2004 r. prezesem firmy jest Ryszard Macina, z branżą mięsną związany od początku kariery zawodowej. Uczył się w jarosławskim Technikum Przemysłu Spożywczego i stamtąd w 1979 r. trafił jako stażysta do Zakładów Mięsnych Jarosław. Pracując ciągle w tym samym przedsiębiorstwie, był następnie ubojowcem, wędliniarzem i brygadzistą. Zakłady Mięsne Jarosław opuścił w 1996 r. Wtedy trafił do masarni w Kielnarowej. Pracował jako kierownik produkcji, technolog, szef produkcji, zastępca dyrektora ds. surowcowych i dyrektor zakładu. W końcu został prezesem.
Nowoczesność z tradycją
Żeby zapewnić wędlinom jak najbardziej tradycyjny smak, wędzarnia Hermana opalana jest drewnem owocowym. Pracownik nadzorujący proces wędzenia posługuje się jednak elektroniczną tablicą sterującą. Temperaturę i wilgotność w pomieszczeniu oraz natężenie dymu i ruch wędlin na stelażach kontroluje komputer.
Utrzymują się z Podkarpacia
90
proc. Od kilku lat taki odsetek przychodów firmy pochodzi ze sprzedaży krajowej.
70
proc. Tyle dochodów ze sprzedaży wyrobów Hermana w Polsce pochodzi z województwa podkarpackiego.
70
proc. Tyle przychodów z eksportu pochodzi ze sprzedaży do Azerbejdżanu.
Pożar opóźnił debiut
Ze względu na nienajlepszą koniunkturę na giełdzie w listopadzie 2007 r. Zakłady Mięsne Herman zawiesiły rozpoczętą publiczną emisję akcji. Nie był to jednak pierwszy raz, gdy opóźniły debiut giełdowy. Planowały go już w 2006 r. Pożar, który wybuchł w nocy z 15 na 16 maja 2006 r. opóźnił jednak publiczną emisję o rok. Żywioł strawił wszystkie pomieszczenia biurowe i socjalne oraz część zaplecza technicznego. Zasadnicze elementy części produkcyjnej nie spłonęły, ale nie nadawały się do użytku. Straty oszacowano na 6,6 mln zł, ale ubezpieczyciel uznał tylko 5,7 mln zł. Resztę odbudowy firma musiała sfinansować z własnych pieniędzy. Ponownie ruszyła w kierunku giełdy, kiedy ogarnęła się po kataklizmie.
Kamil Kosiński
