Sami sobie budujemy wzrost

Bartek Godusławski
opublikowano: 06-05-2015, 00:00

Unijna gospodarka dopiero się rozpędza, a polska biegnie żwawo. Zdyscyplinowaliśmy finanse, rozkręcamy konsumpcję i inwestujemy.

Wiosną brukselscy eksperci tradycyjnie zasiedli do kalkulatorów i policzyli, co czeka unijną gospodarkę w najbliższych latach. Polska utrzymuje się w gronie liderów z 3,3-procentowym wzrostem PKB w tym roku. Wyprzedzą nas jedynie Irlandia, Luksemburg i Malta. Za rok będzie lepiej, bo nasze 3,4 proc. pobije jedynie Luksemburg, a Słowacja jedynie dotrzyma nam kroku. Cała reszta europejskiej rodziny będzie rosła wolniej. Analitycy twierdzą jednak, że Komisja Europejska (KE) nie docenia nadwiślańskiego potencjału.

— Jej prognozy są raczej ostrożne. Sądzimy, że gospodarka będzie rozwijała się szybciej — w tempie 3,9 proc. w tym roku — mówi Piotr Kalisz, główny ekonomista banku Citi Handlowy. Zgadza się natomiast z tym, co unijni urzędnicy uważają za paliwo naszego wzrostu. KE ocenia, że sami będziemy kowalami swojego losu, bo tempo rozwoju napędzi nam… rynek wewnętrzny. Popyt krajowy ma rosnąć dzięki poprawie sytuacji na rynku pracy i inwestycyjnej hossie.

— Faktycznie będziemy jechali na trzech silnikach — konsumpcji i inwestycjach, a wzrostu nie będzie psuł nam eksport netto, który chociaż nie dołoży do wzrostu, to przynajmniej nie będzie od niego odejmował — uważa Piotr Kalisz.

Portfele konsumentów będą wspierane spadającymi cenami — w tym roku średnio o 0,4 proc. Sytuacja odwróci się w 2016 r., chociaż inflacja nie będzie szczególnie uporczywa, bo wyniesie jedynie 1,1 proc. Inwestycyjnemu wzmożeniu sprzyjać będzie rekordowo tani koszt pieniądza.

Pierwsza taka wiosna od lat

Stagnacja unijnego PKB z 2013 r. zostaje już tylko przykrym wspomnieniem. Gospodarka w tym roku przyspieszy do 1,8 proc., a za rok wrzuci drugi bieg i podbije tempo do 2,1 proc.

— Przeżywamy najlepszą wiosnę od kilku lat, ale musimy zrobić więcej, by zapewnić, że to ożywienie będzie czymś większym niż sezonowe zjawisko. Inwestycje i reformy oraz odpowiedzialna polityka finansowa są kluczowe dla trwałego miejsca pracy i wzrostu, których UE potrzebuje — komentował prognozy swoich podwładnych Pierre Moscovici, komisarz ds. gospodarczych i walutowych.

Zdaniem brukselskich ekspertów, wiatrem w żagle jest tania ropa, stabilny wzrost na świecie i deprecjacja euro. Wsparciem jest też drukowanie unijnego pieniądza przez Europejski Bank Centralny.

Procedura do lamusa

Tradycyjnie KE wzięła pod lupę nasze finanse. Doceniono wysiłek w zaciskaniu pasa w ostatnich latach oraz to, że udało się zasypać sporą część dziury w sektorze finansów publicznych i zamknąć ubiegły rok deficytem 3,2 proc PKB. To głównie efekt zmian w OFE, a wynik byłby jeszcze lepszy, gdyby nie pieniądze, którymi rząd sypnął na restrukturyzację górnictwa i waloryzację rent i emerytur.

— Daje to duże prawdopodobieństwo zdjęcia z nas procedury nadmiernego deficytu już w tym roku. Jeśli odejmiemy koszty reformy emerytalnej, to byliśmy już poniżej wymaganych 3 proc., a prognozy na następne lata wskazują, że tam pozostaniemy — mówi ekonomista Citi Handlowego.

Decyzję KE poznamy 19 maja. Bruksela uważa, że w tym roku deficyt liczony razem z samorządami i systemem ubezpieczeń społecznych spadnie do 2,8 i 2,6 proc. za rok. To trochę gorsze przewidywania niż Ministerstwa Finansów, ale KE widzi pewne ryzyko — przede wszystkim, jej zdaniem, program ratowania kopalni może okazać się droższy, niż oczekuje rząd. Snu z powiek nie spędza resortowi finansów dług publiczny. Nawet KE uważa, że w najbliższych latach pozostanie pod kontrolą i nie przekroczy 51 proc. PKB. To znów zasługa zmian w systemie emerytalnym i wymazania ze statystyk obligacji skarbowych z portfeli funduszy emerytalnych. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Bartek Godusławski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu