Profesor Michał Kulesza surowo ocenia polityków, którzy ze złej woli
lub z niewiedzy utrudniają sprawne działanie samorządów.
„Puls Biznesu”: Podobno tak naprawdę udały się nam tylko dwie reformy — Balcerowicza i samorządowa. Jednak w tym drugim przypadku do dziś nie mamy świadomości skali dokonanych zmian.
Michał Kulesza: Przemiany, które zapoczątkowano 15 lat temu, otworzyły przed nami wielką szansę, na razie tylko częściowo wykorzystaną. Wystarczy przypomnieć sobie, jak wyglądały polskie gminy przed 1989 r. i co w tym czasie samorząd zrobił dla poprawy warunków poziomu życia, dostępności usług publicznych i przygotowania terenów pod inwestycje. Tylko tyle i aż tyle.
Jednak, pana zdaniem, reformy samorządowej nie dokończono do dziś, dlaczego?
Naturalną koniecznością i obowiązkiem kolejnych władz państwowych była kontynuacja reformy rozpoczętej na początku lat 90. Jednak ostatnie cztery lata były z tego punktu widzenia stracone. W latach 1998-99 zbudowano nową ramę ustrojową — powstały powiaty i województwa samorządowe. Niestety, poprzednia ekipa rządowa zamiast uczynić z samorządów ważny czynnik dynamizujący gospodarczy i cywilizacyjny rozwój kraju, traktowała je raczej jak natręta, który tylko wyciąga ręce po pieniądze. W rezultacie tych zaniechań potencjał samorządu wykorzystywany jest w niewielkim procencie, powraca bierność i oczekiwanie na decyzje z Warszawy. Partie polityczne dziś myślą, że zwycięstwo w wyborach parlamentarnych upoważnia je do podporządkowania sobie całego życia w kraju. Wraca przekonanie, że „my wiemy lepiej” i możemy decydować za wszystkich. To przejaw instrumentalnego traktowania demokracji.
Czyżby politycy w centrali nie zdawali sobie sprawy z roli, jaką dziś odgrywa samorząd?
Z Warszawy nie widać prowincji, nie widać całej Polski. Tymczasem, obok rozwoju opartego na inwestycjach w naukę, nie ma dziś lepszego pomysłu na wzrost gospodarczy niż inwestycja w samorząd, a zwłaszcza w jego innowacyjność.
Wciąż dyskutuje się, jak ma wyglądać Polska za pięć, dziesięć lat. Czy to nie jest oznaka braku wizji rozwoju państwa?
Dobrze, że dyskusje trwają. Czasami jednak prowadzą donikąd. Przykładem tego jest np. postulat taniego państwa. Choć oczywiście trzeba likwidować wszelkie przerosty kadrowe i organizacyjne w administracji, to państwo nie może być „tanie” — musi kosztować tyle, ile trzeba, by było sprawne i demokratyczne.
Po co nam taka liczba radnych lub po co nam wybory samorządowe? Ciarki przechodzą, gdy się słucha takich pytań. W ogóle przecież można nie robić wyborów, także parlamentarnych. Na pewno byłoby taniej. Gdy się słucha niektórych dyskusji, toczonych z poważnymi minami, często dostrzega się w nich objawy niewiedzy lub populizmu.
Receptą na uzdrowienie polskiego samorządu miały być bezpośrednie wybory wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Pojawiają się jednak głosy, że przyniosło to więcej szkody niż pożytku...
To bardzo ważna zmiana i jednocześnie lek na poważną chorobę społeczną, którą jest deficyt przywództwa. Społeczeństwa, które dotknęło to schorzenie, nie są w stanie realizować żadnych poważnych wyzwań. Mamy z nim do czynienia nie tylko w Polsce.
Niestety, lekarstwo, które nam zaaplikowano, działa powierzchownie. Mamy bezpośrednie wybory wójtów i burmistrzów, ale nie mamy jednocześnie jednomandatowych okręgów wyborczych do ciał stanowiących. Ustawodawca wprowadził zatem bezpośrednie wybory i... osiadł na laurach. Zrobił nam jednodniową fiestę w postaci wyborów burmistrza, ale nie zapewnił wybranemu wójtowi lub burmistrzowi sprawnego aparatu rządzenia. Wybrany wójt często nie może się dogadać z radą, w której nie ma większości. Ustawodawca prowadził więc do pata politycznego.
Wiadomo już, że kolejne wybory samorządowe odbędą się jesienią. Czy jest jakiś sposób na ich odpolitycznienie?
Jedynym wyjściem z sytuacji jest wprowadzenie wyborów większościowych w jednomandatowych okręgach wyborczych.
Ale politycy się do tego nie kwapią.
Bo dziś rządzą ci, którzy układają listy wyborcze. Przez takie listy do parlamentu lub do rady gminy dostają się posłuszni. Wystarczy, że będą głosować, jak chce ich partia. W przypadku jednomandatowych okręgów wyborczych radni indywidualnie odpowiadają przed swoimi wyborcami. I to oni ich rozliczają.
Samorządy skarżą się na paraliż inwestycyjny, który jest skutkiem wygaśnięcia planów zagospodarowania. Planów nie ma większość gmin. Co często odstrasza inwestorów, także zagranicznych.
Mleko niestety się rozlało. Uchylenie mocy wszystkich planów uchwalonych przed 1994 r., co było z kolei skutkiem ustawy o planowaniu przestrzennym z 2003 r., stanowiło akt barbarzyństwa legislacyjnego. Nigdzie na świecie nic podobnego się nie zdarzyło!
Ustawa miała jednak zmusić gminy do uchwalenia nowych planów.
Od wielu lat było jednak wiadomo, że gminy nie będą w stanie tego zrobić.
Podobny przepis był także w poprzedniej ustawie z 1994 r. Przewidywał, że jeżeli gminy nie zdążą uchwalić nowych planów w określonym czasie, to stare plany zostaną uchylone. Jednak przez następne dziewięć lat okazało się, że ten przepis jest po prostu zły, bo niewiele gmin wywiązało się z zadania i przygotowało nowe plany zagospodarowania.
Tymczasem rzeczywistość w Polsce nie sprzyja uchwalaniu nowych planów. Jest to wciąż zbyt drogie. Brakuje też planistów. Tymczasem stare plany służyły całkiem dobrze.
Niestety, dziś mamy sytuację, gdy większość kraju pozbawiona jest aktualnych planów, co uniemożliwia gospodarczy rozwój. Jesteśmy jedynym krajem na świecie, w którym parlament zdewastował system planowania przestrzennego.
Mimo tych problemów południowo-zachodnie regiony Polski notują dziś gwałtowny przyrost inwestycji, czego niestety nie można powiedzieć o wschodniej Polsce. Skąd biorą się te różnice?
Przyczynami są przede wszystkim uwarunkowania historyczne. Na zachodzie mieszkają w dużej części repatrianci ze Wschodu. Ci ludzie musieli wykazać się wtedy wielką zaradnością i stawić czoło wielu trudnościom.
Dziś nie ma już gospodarki centralnie sterowanej. Dlatego szczególnie przydatna jest zdolność lokalnej społeczności do podejmowania wyzwań. Państwo musi jednak niwelować różnice pomiędzy regionami.
Powinno inwestować w modernizację infrastruktury, a zwłaszcza w budowę dróg i lotnisk. Bez tego nie będzie rozwoju gospodarczego, bo samorząd takich wydatków dziś nie udźwignie.
Od decyzji rządu zależeć będzie, czy samorząd stanie się czynnikiem rozwoju gospodarczego czy tylko natrętnym żebrakiem wyciągającym ręce po pieniądze. Niestety, ciągle przychodzą do władzy ludzie, którzy nie odrobili tej lekcji i wciąż uczą się jej na nowo.
Profesor Michał Kulesza, prawnik, twórca reformy samorządowej