Samotne rejsy z laptopem

opublikowano: 25-10-2018, 22:00

Krzysztof Sobolewski, prezes Shipyard City Gdańsk, tygodniami może pływać po Bałtyku. Samotnie. Nawet jeśli musi wyskoczyć na kilka dni do Polski, do pracy — zawsze wraca na jacht i dalej prowadzi pogawędkę z Posejdonem.

Pasja jest jak strzała Amora — trafia prosto w serce. Jeśli się od niej odwracamy, wiernie czeka nawet przez kilka dekad. Gdy wreszcie uda się nam znaleźć dla niej czas, odpłaca się po stokroć. Krzysztof Sobolewski, finansista i prezes Shipyard City Gdańsk (SCG), spółki odpowiedzialnej za rewitalizację części terenów Młodego Miasta w Gdańsku, zakochał się w żeglarstwie już jako nastolatek. Ta miłość musiała jednak zaczekać, bo pływać po morzu mógł zacząć dopiero po 45 roku życia.

Na fali. Krzysztof Sobolewski, prezes SCG, kupił i wyremontował 30-letni, klasyczny jacht typu ketch wzorowany na norweskich łodziach ratunkowych projektu Colina Archera z końca XIX w.
Wyświetl galerię [1/5]

Na fali. Krzysztof Sobolewski, prezes SCG, kupił i wyremontował 30-letni, klasyczny jacht typu ketch wzorowany na norweskich łodziach ratunkowych projektu Colina Archera z końca XIX w. Fot. Dawid Linkowski, materiały prasowe

— Wcześniej najważniejsza była rodzina, wychowanie trójki — dorosłych i samodzielnych dziś — córek oraz praca zawodowa — wyjaśnia biznesmen.

Po Bałtyku może pływać tygodniami. Samotnie. Wprawdzie z laptopem i licznymi przerwami na powroty do pracy, ale z uporem dąży do celu po wytyczonej trasie. Tak samo wytrwale i samodzielnie zgłębiał tajniki żeglarstwa. Z takim samym zacięciem remontowałswój jacht. Dziś cieszy się z samotności na morzu, pokonując kolejne żeglarskie bariery.

Abstrakcyjne finanse

Pierwsza praca?

— Już w liceum. W Polsce, NRD, a po trzeciej klasie — pierwszy wyjazd na Zachód do pracy na farmie kwiatowej w Holandii. Później, już w czasie studiów, były kolejne wyjazdy do Holandii, Anglii i Austrii. Dzięki temu w lata dziewięćdziesiąte wszedłem z kapitałem 1500 USD. Szybko się usamodzielniłem. Było to dla mnie bardzo ważne — twierdzi Krzysztof Sobolewski.

Ślub wziął w wieku 22 lat, jeszcze w czasie studiów. Lata 90. sprzyjały inicjatywom. Pomysł próżniowego pakowania żywności — novum nad Wisłą, standard za zachodnią granicą — był pierwszym biznesem studenckiej pary. Sobolewscy rzucili się na głęboką wodę — w roku 1990 na targach rolno-spożywczych Polagra zakontraktowali dwie krajalnice i jedną pakowaczkę. Interes ruszył w zaadoptowanym garażu i naprędce dostawionej przybudówce.

Od rodziców żony dostali opuszczony dom na podopolskiej wsi.

— Specjalnie o to prosiliśmy. Nie chcieliśmy mieszkania w bloku. Dom z dużym ogrodem dawał potencjał uruchomienia własnego biznesu. I tak dwa dni po ślubie romantycznie smołowaliśmy dach naszego pierwszego domu — wspomina Krzysztof Sobolewski.

Dostali 15 tys. marek niemieckich kredytu pod zastaw domu i otworzyli swoją pierwszą małą firmę. Mimo że nie mieli pojęcia o biznesie i uczyli się boleśnie na błędach, interes nieźle się kręcił, a w firmie znalazło zatrudnienie 20 osób. Student Krzysztof Sobolewski brał jedną dziekankę za drugą, by móc poświęcać czas na rozwój firmy. Było to dla niego ważne doświadczenie, dzięki któremu trzy lata później otrzymał propozycję pracy w firmie zarządzającej funduszami typu private equity.

Po czterech latach sprzedał firmę i z dwójką małych dzieci przeniósł się do Poznania, gdzie dokończył rozpoczęte siedem lat wcześniej studia i zrobił magisterium z językoznawstwa i informacji naukowej. Rok później zaczął studia podyplomowe.

— Zdobyłem tytuł MBA University of Calgary w Kanadzie, choć w Calgary nigdy nie byłem. Kanadyjscy profesorowie przyjeżdżali do Polski i na warszawskim SGH uczyliśmy się, po angielsku, z tych samych podręczników co nasi kanadyjscy koledzy — mówi przedsiębiorca.

Z Londynu pod Trójmiasto

Lata 90. to również początek polskiej giełdy, na której Krzysztof Sobolewski inwestował pierwsze oszczędności.

— To były nieprawdopodobne czasy — nikt nic nie wiedział, na parkiecie było notowanych kilka spółek, a my staliśmy nocami w długich kolejkach po akcje. Można było wtedy dużo zarobić albo stracić. Ja akurat… straciłem — przyznaje biznesmen.

Zyskał za to cenne doświadczenie i pewność, że chce się rozwijać w sferze finansów, by stać się naprawdę dobry w tym fachu. Po kursie doradztwa inwestycyjnego i z licencją maklerską zatrudnił się w departamencie inwestycji kapitałowych PKO BP. Pod koniec 1997 r. dostał propozycję pracy w Credit Suisse First Boston Private Equity (CSFB PE) w Londynie. Odpowiadał za inwestycje funduszu w Polsce. Wyjechał z rodziną do Wielkiej Brytanii na cztery lata, jednak praca na tym stanowisku wymagała wielu zagranicznych podróży. Rodzinne kontakty ucierpiały. Kiedy ten tryb pracy zaczął mu już doskwierać, przyszedł kryzys finansowy w 2000 r. Departament CSFB PE, zajmujący się inwestycjami w Europie Środkowo-Wschodniej, rozwiązano, jednak Krzysztof Sobolewski nadal współpracował z byłym pracodawcą jako doradca ds. realizowanej inwestycji w Polsce. To pozwoliło rodzinie Sobolewskich wrócić do kraju. Wybudowali w okolicach Trójmiasta dom, w którym mieszkają do dziś. W kolejnych latach przedsiębiorca doradzał CSFB PE przy restrukturyzacji i rozwoju spółki Opoczno kupionej przez fundusz od skarbu państwa w 2000 r. W 2002 r. objął stanowisko dyrektora i partnera w amerykańskim TDA Capital Partner, gdzie odpowiadał za zakup, rozwój i sprzedaż toruńskiej spółki Gamet. Czas dzielił między Warszawę, Toruń i Trójmiasto. Znów w drodze. Gdy Gamet został sprzedany, co zbiegło się w czasie z IPO Opoczna, Krzysztof Sobolewski nie wrócił już do korpo. Miał inny pomysł na siebie.

Własną ścieżką

Pewnego dnia do rąk Sobolewskich trafiła oferta sprzedaży połowy starego domu w Chałupach. Budynek był w fatalnym stanie. Na Półwyspie Helskim niełatwo jednak cokolwiek kupić, więc oferta nęciła. Po remoncie dom zmienił się w butikową wakacyjną nieruchomość z 14 mieszkaniami wakacyjnymi (nadal jest prowadzony pod marką Dom Wakacyjny Villa Baltic). W portfelu biznesmena pojawiły się kolejne nieruchomości — kupował działki i budował niewielkie domy wielorodzinne.

— Uczyłem się budować i remontować domy małymi krokami. Robiłem wszystko sam — koncept marketingowy, praca z architektem, kontraktacja wykonawców, koordynacja prac, sprzedaż. I tak wyspecjalizowałem się w kolejnym zawodzie — mówi Krzysztof Sobolewski.

Jednocześnie od 2005 r. jako freelancer doradzał TDA przy restrukturyzacji spółki Synergia 99 i jej następców prawnych. W 2008 r. został jej prezesem, a w 2016 — współwłaścicielem (działała już pod nazwą Shipyard City Gdańsk).

SCG przygotowuje rewitalizację terenów postoczniowych jako część większego projektu Młode Miasto — budowy centralnie położonej dzielnicy Gdańska. Dziś na terenie Młodego Miasta siedmiu krajowych i zagranicznych inwestorów — Cavatina, RWS, Echo Investment, RKD Development, SCG oraz belgijska Stocznia Cesarska Development i holenderskie Atrium — przygotowuje realizacje kilku projektów o różnych funkcjach. Krzysztof Sobolewski nie tylko zarządza spółką SCG — buduje też hotel Gwiazda Morza Resort Spa & Sport w Władysławowie.

— Staram się chodzić ścieżkami, na które deweloperskie tuzy się nie zapuszczają. Z drugiej strony, dysponuję ograniczonym kapitałem, więc skupiam się na niezbyt dużych projektach, ale za to wyjątkowo położonych i z nieodkrytym jeszcze potencjałem. Patrząc przez pryzmat skali, wyjątkiem jest Młode Miasto. W ten projekt jestem jednak zaangażowany — w różnych rolach — od kilkunastu lat, co ogranicza moje ryzyko jako inwestora — zapewnia Krzysztof Sobolewski.

Na morzu

O swojej największej pasji, żeglarstwie, mówi, że jej bakcyla złapał, kiedy po raz pierwszy wskoczył do łódki. Ani on, ani kolega, z którym wówczas płynął, nic nie wiedzieli o żeglowaniu. Ludzie z pomostu tłumaczyli im, co robić. Wkrótce potem zrobił patent żeglarski, który jednak na wiele lat trafił na półkę, bo Krzysztof Sobolewski po prostu nie miał wolnego czasu. Marzenia odżyły po powrocie z Londynu. Był zafascynowany, gdy pierwszy raz wypłynął w morze, mimo że jacht znajdował się zaledwie kilka mil od brzegu. Z zapałem uczył się sztuki żeglarskiej. Oczywiście na własną rękę. Zresztą pływa też przeważnie sam.

— Z natury jestem introwertykiem i samotnikiem. Trudno mi przebywać z przypadkowymi ludźmi, zwłaszcza na ograniczonej przestrzeni jachtu — mówi prezes SCG.

Różnorodność Bałtyku bardzo go fascynuje. W czasie wakacji wypływa na kilkanaście dni, zostawia jacht w bezpiecznej marinie, wsiada w samolot, leci do domu i pracy, po czym znów wraca na łódkę.

— Taki model spędzenia wakacji jest możliwy, bo mamy już dorosłe dzieci. Żona nie pali się do żeglowania, lecz wspiera moją pasję. W tym roku udało mi się przeprowadzić dwa rejsy — do Rygi i do Oslo — twierdzi Krzysztof Sobolewski.

Wszystkiego o żeglowaniu uczył się małymi kroczkami, tak jak zaczął od małych inwestycji deweloperskich. Suma doświadczeń pozwoliła mu zdefiniować, na jakiej jednostce chce pływać. Kupił 30-letni, klasyczny jacht typu ketch wzorowany na norweskich łodziach ratunkowych projektu Colina Archera z końca XIX w. Remont i przebudowa szły jednak jak po grudzie.

— Wydawało mi się, że skoro umiem zarządzać skomplikowanym projektem budowy czy przebudowy nieruchomości, to bez problemu poradzę sobie z remontem jachtu. Rzeczywistość szybko zweryfikowała moje oczekiwania. Nie ustrzegłem się niefortunnego wyboru wykonawców i poważnych usterek w trakcie pierwszego rejsu na Zatokę Botnicką po dwuletnim remoncie. Szczęściem trafiłem na życzliwych ludzi w moim klubie żeglarskim i krok po kroku usuwałem usterki — wspomina Krzysztof Sobolewski.

W najbliższych latach marzą mu się rejsy po Szkocji, Szetlandach, Islandii lub Grenlandii.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Dorota Kaczyńska

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Samotne rejsy z laptopem