Serial pod tytułem „opcyjne przygody spółek giełdowych” trwa w najlepsze. W ostatnich dniach w jednej z głównych ról wystąpił Sanwil.
- To skandaliczna sytuacja. Na dojrzałej giełdzie nigdy by się nie zdarzyła – żali się nam drobny akcjonariusz spółki.
Producent skór ekologicznych i materiałów powlekanych poinformował w lakonicznym komunikacie, że część środków pozyskanych z ubiegłorocznej emisji akcji zabrały mu banki. Powód? Rozliczenie toksycznych opcji walutowych. Już wcześniej (7 stycznia) spółka zaskoczyła inwestorów, że na koniec 2008 roku wartość jej zobowiązań z tytułu opcji to 12,5 mln zł.
- Nic nie możemy poradzić. Banki pobrały środki z naszego rachunku. Bankowcy nie są skłonni do ugody czy porozumienia, kiedy widzą, że spółka ma pieniądze na koncie. Mogę tylko przeprosić inwestorów, że w ten sposób wydawane są środki z emisji – mówi nam Piotr Kwaśniewski, prezes Sanwilu (na początku roku zastąpił Jacka Rudnickiego).
Nasuwa się jednak pytanie, czy wszystko odbyło się zgodnie z przepisami prawa. Sanwil zamiast bowiem wydawać pieniądze na akwizycje (tak obiecywał inwestorom w prospekcie emisyjnym), reguluje zobowiązania wynikające z transakcji opcyjnych.
„Puls Biznesu” dowiedział się, że sprawie przyjrzy się nadzorca rynku kapitałowego, Komisja Nadzoru Finansowego (KNF).
- Głównym celem emisji były akwizycje. Sanwil wskazał też alternatywne
cele emisji, w przypadku trudności w realizacji przejęć, ale nie było tam
rozliczenia opcji walutowych ani pożyczki dla spółki zależnej. Będziemy
wyjaśniać ze spółką tę sytuację, głównie pod kątem prawdziwości informacji
zawartych w prospekcie emisyjnym. Warto też zwrócić uwagę, że raport bieżący
jest bardzo ogólny - nie ma słowa o tym, jaka część środków wykorzystana
zostanie na rozliczenie opcji – wskazuje Łukasz Dajnowicz z
KNF.
Więcej w dzisiejszym "Pulsie
Biznesu"