Eurodeputowany z listy PO i były szef Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej Jacek Saryusz-Wolski uważa, że w sprawie Traktatu Konstytucyjnego polska delegacja mogła wynegocjować więcej.
Saryusz-Wolski jest rozczarowany rozstrzygnięciami, zarówno jeśli chodzi o sposób liczenia głosów w Radzie UE, jaki i brakiem odwołania do chrześcijaństwa w preambule do konstytucji.
"Nie trzeba było kończyć negocjacji za wszelką cenę w czerwcu. Jest wiele czasu, rozwiązania teraz ustalone i tak wchodzą w życie dopiero w 2009 roku" - powiedział w sobotę w Natolinie dziennikarzom Saryusz-Wolski.
Odnosząc się do kompromisu w sprawie ważenia głosów przypomniał, że tzw. mechanizm blokujący nie jest w samym traktacie, ale poza nim jako decyzja czwartkowo-piątkowego szczytu i może być zmieniona po 2014 roku w drodze głosowania.
Zdaniem b. szef UKiE "rząd prezydenta Kwaśniewskiego oddał to, co wywalczył rząd Jerzego Buzka". Chodzi o system nicejski, który dawał Polsce 27 głosów w Radzie UE - tylko o dwa mniej niż Niemcom i Francji. Dla podjęcia decyzji w tym systemie konieczne było poparcie połowy krajów UE, w których mieszka co najmniej 62 proc. ludności Unii i które w sumie mają ponad 73 proc. głosów w Radzie.
Do twardej obrony Traktatu Nicejskiego wzywała rząd opozycja. Tymczasem zgodnie z przyjętym Traktatem, podejmowanie decyzji w Radzie UE odbywać się będzie podwójną większością państw i obywateli, zdefiniowaną jako co najmniej 55 proc. państw (nie mniej niż 15) reprezentujących co najmniej 65 proc. liczby ludności.
Do zablokowania decyzji potrzeba będzie ponad 45 proc. państw lub 35 proc. ludności zamieszkującej co najmniej cztery państwa. Polska wywalczyła "hamulec bezpieczeństwa", umożliwiający odwlekanie decyzji przez "rozsądny czas" przez państwa zamieszkałe przez co najmniej 26,25 proc. unijnej ludności.
Niespełnionym postulatem, m.in. Polski, było też wpisanie do preambuły Traktatu odwołania do Boga lub do tradycji chrześcijańskich (jest wzmianka o "dziedzictwie religijnym" Europy).
as/la/