Skok do pustego basenu

Kama Veymont
20-05-2005, 00:00

Co można zrobić na kilku hektarach pod Górą Kalwarią?

Gdy odrzucimy szklarnie, sady czy pola golfowe, zostaje polo... Wariactwo? Nie, biznes.

Niedziela, wczesne popołudnie. Deszcz od świtu, szaro, pochmurno, nieprzyjemnie. A jednak polna, gliniasta droga prowadząca do majątku Buksza przypomina stołeczną Czerniakowską w godzinach szczytu, na której zamknięto dwa pasy ruchu.

Kolumna drogich samochodów cierpliwie posuwa się w kilometrowym korku. Na lewo i prawo rozciągają się podmokłe łąki Chojnowskiego Parku Krajobrazowego. W końcu nagroda: w jedynym tego dnia przebłysku słońca srebrzy się mokry dach dworu Buksza („to efekt oryginalnego poszycia” — obwieszcza strona internetowa). Na parkingach i podjazdach brak już miejsc: widać, że tłum szturmujących gości przekroczyła oczekiwania gospodarzy.

Paweł Olbrych, właściciel Bukszy, policzył: 460 samochodów, średnio razy dwie osoby, daje ponad 900 gości. A ilu by było, gdyby nie pogoda? W zblazowanej Warszawie, w której już nic nie chwyta, spory sukces. Ten sukces nazywa się polo.

Zabawa dla śmietanki

Kiedy w Polsce w latach 70. zaczynano grać w tenisa, uważano to za ekscentryczny wybryk — dziś tenis jest sportem popularnym, a najprostszą rakietę można kupić w supermarkecie. Na świecie podobnie rzecz się miała z golfem: najpierw elitarny, dziś względnie zwyczajny, osiągalny dla „nieco tylko powyżej przeciętnej” kieszeni 150-milionowej rzeszy graczy. Naturalnie jeszcze nie w Polsce. U nas golf jest nadal elegancką fanaberią nielicznego grona entuzjastów, elementem elitarnego wizerunku. O ile jednak golf ma szansę przynajmniej trochę spowszednieć, o tyle polo jest i będzie ekstrawagancją dla wybranych.

Creme de la creme, król sportów — przekonują zwolennicy, ale odwrócenie jest jeszcze bardziej prawdziwe: sport królów, bo do jego uprawiania potrzeba i dużo pieniędzy, i dużo czasu. A kto ma te dwie rzeczy jednocześnie? Dodatkowo liczy się motywacja do uprawiania sportu — prawie — ekstremalnego. Kombinacja tych trzech elementów występuje niezwykle rzadko — zarówno w Polsce, jak i na świecie.

Zero innowacji

W polo gra około 30 tysięcy ludzi, z czego 5 tys. w USA, ponad 3,5 tys. w Argentynie, 1,5 tys. w Wielkiej Brytanii i mniej wiecej… 20-30 osób w Polsce. Czy patrząc na takie dane, można myśleć o rodzimym polo-biznesie?

— Skoczyłem z wieży do basenu, kiedy był jeszcze pusty — wspomina Paweł Olbrych.

W 2001 rozpoczął budowę dworu pod Górą Kalwarią, 30 km od Warszawy, wtedy jeszcze głównie z myślą o korporacyjnych imprezach w ekskluzywnych, „ziemiańskich” wnętrzach. Jednak interes nie szedł olśniewająco. Polo to była ucieczka do przodu, ale i wyraz naturalnych skłonności gospodarza: od dziecka świetnie jeździł konno.

— Pojechałem do Stanów, w Argentynie spędziłem osiem miesięcy. Zrozumiałem, że to może chwycić także w Polsce, ale pod jednym warunkiem: żadnych własnych pomysłów, żadnej drogi na skróty. Ma być tak, jak na świecie.

Hindus w deszczu

Deszcz nie przestaje padać. Wśród stąpających bocianim krokiem gości przeważają Hindusi, bo imprezą, która w tym roku otwiera sezon polo w Bukszy, jest India Cup pod patronatem Jego Ekscelencji Ambasadora Indii Anila Wadhwy. Mecz Indie kontra reszta świata zaplanowano na godz. 15.00. Drużyna Indii to reprezentacja armii indyjskiej (łączny handicap 7), reszta świata zagra w składzie: dwóch zawodników argentyńskich, dwóch polskich i dwóch rezerwowych — też Polaków (łączny handicap 6).

Na razie jednak tłumy gości wypełniają białe, cyrkowe namioty, ustawione na murawie w pewnej odległości od dworu. W środku rzędy drewnianych siedzisk, mini estrada, z której przemawia pan w kowbojskim kapeluszu, na zmianę po polsku i po angielsku. Senator Robert Smoktunowicz, sympatyk polo, życzy wszystkim dobrej zabawy, z tyłu pogrywa muzyka, ale i tak wszyscy rzucają się na catering: jest grill i kawa z automatu. Wszystko płatne, więc jeśli ktoś zostawił portfel w samochodzie, porzuconym hen, na błotnistej łące, to się raczej nie naje... Za darmo można dostać ulotki, m.in. kolorowe biuletyny o współpracy polsko-indyjskiej, mapę Delhi i ekskluzywną broszurę dotyczącą sprzętu hi-tech z najwyższej półki. Ulotki raczej nie mają wzięcia.

— Wydarzenie kosztuje masę organizacyjnego trudu i pieniędzy. Realizujemy zamówienie sponsora, który decyduje o tym, czy gości mamy również karmić. Nie ma jednak takiego zwyczaju, w końcu jeśli ktoś przyjeżdża na mecz polo, to stać go na kiełbaskę — komentuje Paweł Olbrych.

4x6x7

A deszcz pada. W okolicach 15.00 zapada decyzja: mecz się odbędzie, mimo fatalnej pogody. Goście przemieszczają się na stadion, czyli olbrzymie boisko do polo o wymiarach 250 na 120 metrów, co daje 3 hektary. Pięć pełnowymiarowych boisk do piłki nożnej!

Komentator wyjaśnia przez megafon zasady gry: dwie drużyny po czterech zawodników grają w sześciu siedmiominutowych odcinkach (tzw. chukkers). Poszczególne części meczu oddzielone są od siebie czterominutowymi przerwami, podczas których gracze mogą wymieniać konie.

Mecz ma swoją elegancję i styl, jednak śledząc go z jednego punktu stadionu trudno zorientować się w dokładnym przebiegu gry. Przydałaby się lornetka. Deszcz dodatkowo utrudnia grę, zwiększając niebezpiecznie poślizg murawy. Jednak całość ma w sobie coś z pięknego, dobrze zakomponowanego obrazu, a wynik (6:4 dla drużyny Indii) jest chyba w tych warunkach przede wszystkim kurtuazyjny.

— Polo to czysta forma, klasa i styl — zapala się grający z numerem 4 Olbrych (handicap 1).

Po czym przypomina sobie, że najpierw biznes i zapewnia:

— Nie ma lepszej oferty dla sponsora, który pragnie uhonorować swoich najważniejszych klientów. Obiady w restauracjach, teatry, opera japońska — wszystko już było — podkreśla właściciel Bukszy.

Ja tylko nie dokładam

Ford, Credit Suisse, Audi, Bank of New York, Coca-Cola szukają czegoś z najwyższej półki: niech na 500 wysłanych zaproszeń przyjdzie setka gości — dostaną coś, czego jeszcze w Polsce nie było.

— Na taką imprezę klient czy sponsor daje, przypuśćmy, 100 tysięcy, ale myliłby się ten, kto sądzi, że na polo można świetnie zarobić. Nie żyję z polo, ja tylko nie dokładam — opowiada Paweł Olbrych.

Jego biznesplan jest prosty: na razie polo musi na siebie zarobić, tj. przychody utrzymują klub. Wydatki są kolosalne, a pewnych kosztów nie da się obniżyć:

— Utrzymanie boiska kosztuje kilkadziesiąt tysięcy złotych rocznie, a konie niszczą darń w nieporównanie większym stopniu niż np. piłkarze — mówi Olbrych.

Oprócz reprezentacyjnego boiska do rozgrywania meczów, w Bukszy jest jeszcze mniejsze — treningowe, na którym między innymi układa się konie.

— Koń do polo to nie tylko wszechstronne zwierzę wyczynowe, on jeszcze musi umieć grać. Dobrze wyszkolony koń działa jak precyzyjny joystick w grze komputerowej: lewo to lewo, prawo to prawo — tłumaczy Paweł Olbrych.

Żeby nie zapomnieć, czego się nauczył, koń musi ćwiczyć przez około 250 dni w roku. To są wydatki, których nie da się pokryć z przeciętnego portfela.

Polo na globusie

Gdyby zamożny człowiek ze sporą ilością wolnego czasu i smykałką do wyczynu postanowił raptem zacząć uprawiać polo, musiałby na to przeznaczyć minimum 50 tys. złotych rocznie. To dolna granica, górnej nie ma, bo żeby naprawdę grać, trzeba się szkolić, jeździć po świecie.

Polo przesuwa się po globusie wraz z porami roku: prawdziwy gracz listopad i grudzień spędza w Argentynie, w styczniu jedzie na Florydę lub do południowej Afryki, w kwietniu-maju wraca do Hiszpanii, czerwiec i lipiec rezerwuje na imprezy w Anglii. Teoretycznie jednak od maja do października może już grać w Polsce.

Olbrych:

— Zapewniłem masę krytyczną. Do India Cup mogłem wystawić 17 koni, z czego dziewięć własnych. Wydłużyłem boisko. W sezonie na stałe mamy dwóch graczy z Argentyny, zawsze możemy zmontować profesjonalną drużynę do meczów takich, jak dzisiejszy. Jeździmy po świecie, uczymy się. Kiedy skakałem z wieży do basenu, jeszcze nie było w nim wody, teraz ciągle lecę. I zastanawiam się, czy jest już wystarczająco dużo wody, by nie skręcić karku, gdy spadnę...

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kama Veymont

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Kariera / Skok do pustego basenu