Skracając nie dać skrócić siebie

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2015-06-12 00:00

Akcja najnowszej tragikomedii na szczytach państwa rozwija się zgodnie z klasyczną dewizą Alfreda Hitchcocka

Akcja najnowszej tragikomedii na szczytach państwa rozwija się zgodnie z klasyczną dewizą Alfreda Hitchcocka — zaczęło się od środowego trzęsienia ziemi, pardon, rządu, a później napięcie rośnie.

Marek Wiśniewski

W sejmowych korytarzach wieją i zderzają się przeciwne wiatry. Koalicja trzymająca władzę za wszelką cenę usiłuje zbagatelizować i przyklajstrować problem taśmowego posypania się rządu. Opozycja zaś liczy już miesiące i dni do oczywistego dla niej opanowania jesienią parlamentu.

Premier Ewa Kopacz w czwartek w Brukseli osobiście poskarżyła się Donaldowi Tuskowi, swojemu mocodawcy, na los rzucający jej kłody pod nogi i otrzymała instrukcje bycia twardą. Właściwie inna postawa już jest niemożliwa, Platformie Obywatelskiej pozostaje wykonać szarżę i w październiku albo kolejny raz wygrać, albo polec na polu chały.

W piątek premier naładuje się duchowo u papieża Franciszka, a potem zastanowi, jak się całkiem nie pogrążyć. Nazwiska nowych ministrów podane zostaną po niedzieli, podobnie jak osoba delegowana przez PO na marszałka Sejmu, czyli protokolarnie drugą osobę w państwie. Wczoraj pokrążyłem trochę na Wiejskiej, nasłuchując typów z ust samych posłów. Rozrzut kandydatur był wielki, ale najciekawsza wydała mi się propozycja ludowców, by przez ostatnie cztery miesiące Sejmem pokierował… inaugurujący obecną kadencję marszałek senior Józef Zych. Pomysł sensowny, ale PO oczywiście strategicznego fotela nie odpuści, ponieważ przyjęła przed wyborami taktykę nie łagodzenia, lecz zaostrzania walki klas politycznych.

Zagrożony całkowitym wypadnięciem z ław poselskich Sojusz Lewicy Demokratycznej złożył wczoraj wniosek o… samorozwiązanie się Sejmu. Formalnie nazywa się to skróceniem kadencji, które w III RP już raz przerobiliśmy — w 2007 r. Ale wtedy miało to sens na dwa lata przed planowymi wyborami, obecnie natomiast chodziłoby o urwanie… dwóch miesięcy.

Wniosek SLD jest całkowicie absurdalny już choćby z tego powodu, że termin przyspieszonych wyborów wypadłby w… sierpniu, dosłownie w sercu wakacji. Zapytałem firmującą klubowy wniosek posłankę Annę Bańkowską, czy na pewno o takie sierpniowe głosowanie chodzi, ale kompletnie uciekła od odpowiedzi.

Władza nie da skrócić siebie, ale sama myśli o takim cięciu, ale wykonanym wobec innego organu państwa.

Niepodpisanie przez premier Ewę Kopacz sprawozdania prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta samo w sobie nie powoduje konsekwencji, ale może być pierwszym krokiem do jego odwołania na prawie rok przed terminem. Paradoksalnie krytykowany ze wszystkich stron prokurator znajduje obrońców w Prawie i Sprawiedliwości, bez którego nie ma mowy o zebraniu dla wniosku PO koniecznej większości dwóch trzecich głosów.

PiS po zwycięskich wyborach chce zmienić ustawę i ponownie połączyć urząd prokuratora generalnego ze stanowiskiem ministra sprawiedliwości. Jeśli taki scenariusz by się zmaterializował, to Andrzej Seremet przetrwałby planowo do marca 2016 r., czyli dłużej od premier Ewy Kopacz. Takich zwrotów akcji politycznego dreszczowca Alfred Hitchcock by się nie powstydził.