Słaby złoty osłabia i tak słabe nerwy
Złoty szaleje, dolar pnie się w górę. Rośnie kurs euro, ale dla tzw. zwykłego człowieka ma to mniejsze znaczenie. Najgorsza dla niego jest niepewność, jak potoczą się dalej losy polskiej waluty. Bo zwykły klient banków i kredytobiorca niewiele rozumie z przyczyn spadku wartości złotego. Ba, przyzwyczajony do stabilnej ceny dolara (ostatnie miesiące dały mu powody do takiego myślenia) szary obywatel wpada w panikę o wiele większą niż profesjonalni uczestnicy rynku walutowego.
Niby to normalne, bo w meandrach rynkowych potrafią się czasami zgubić najlepsi specjaliści, ale z drugiej strony szary obywatel — zwłaszcza w kupie — ma skłonności do wpadania w przerażenie. Zwłaszcza gdy zaczyna przeliczać pensję na dolary. Obywatel przeliczający staje się obywatelem sfrustrowanym, a przez to nieobliczalnym. Szary obywatel (nie zdający sobie sprawy z przyczyn i konsekwencji wahnięć złotego) popada w apatię. Również w pracy.
To jest jak naczynia połączone — ostatecznie w pewnym momencie tego łańcucha traci jego firma. I tak dalej, i tak dalej. Generalnie jest to tak proste, że aż boli. Umyka jednak uwadze animatorów rynku.
Co można zrobić? Nic, bo uspokojenie nastrojów nie leży w gestii niszowego dziennika gospodarczego, a media, które mogłyby panikę ukoić, czekają niecierpliwie na kolejną dymisję sprowokowaną tym razem drożejącym złotym. Smutne. Ale też prawdziwe.