Słodki kontrast

Jacek Konikowski
opublikowano: 2006-08-11 00:00

Holenderskie konsorcjum, kapitał rosyjski, cypryjskie spółki, ukraińskie cukrownie i debiut na giełdzie. Polskiej. Oto Astarta. Hasłowo? Ukraiński cukier.

Astarta Holding NV — jak na polskie warunki — firma nietypowa. Na parkiecie zadebiutuje holenderski holding założony dwa miesiące temu w Amsterdamie (kapitał zakładowy: 60 tys. euro). Ów holding tworzą dwie cypryjskie spółki: Aluxes Holding Ltd. i Albacon Ventures Ltd. Przed trzema miesiącami powołali je: Rosjanin Walery Korotkow i Ukrainiec Wiktor Iwanczyk. Poprzez obie spółki kontrolują w całości inną — tym razem ukraińską — Astartę-Kijów sp. z o.o. I to ją — tak naprawdę — kupią giełdowi inwestorzy.

Mazut za cukier

Mieliśmy farta. Prezesa Astarty-Kijów złapaliśmy w Warszawie tuż przed wylotem do Amsterdamu — na spotkanie z zachodnimi „inwestorami instytucjonalnymi”. Prezes liczy na ich szczodrość.

A zatem: skąd się wzięła Astarta-Kijów? Za czyje pieniądze? Kto za nią stoi?

— Na początku zarabialiśmy pieniądze na barterze. W 1993 roku założyłem Astartę-Kijów. Rok później podpisaliśmy duży kontrakt z rządem ukraińskim i rosyjską firmą naftową. Staliśmy się pośrednikiem między rosyjskimi dostawcami produktów naftowych a ukraińskimi cukrowniami. W zamian za mazut dostawaliśmy cukier, a ten sprzedawaliśmy w Rosji. Po dwóch latach zyski z barteru zaczęliśmy inwestować w rolnictwo. W 1996 roku kupiliśmy pierwsze przedsiębiorstwo rolne, a w 1999 roku pierwszą cukrownię — tłumaczy Wiktor Iwanczyk, dyrektor generalny Astarty-Kijów.

Karierę zaczynał od pomocnika brygadzisty w Kijowskim Towarzystwie Przemysłu Lotniczego (KiAPO) — tych samych zakładach, w których powstają gigantyczne transportowce Antonow. Potem dziesięć lat w administracji państwowej. I cukrowy biznes — po dziś dzień.

O drugim wspólniku wiadomo niewiele. Walery Korotkow ma obywatelstwo rosyjskie i brytyjski paszport. Robi interesy w Rosji, głównie w Moskwie — teraz na nieruchomościach, wcześniej na paliwach (Rosnieft-Zapad czy Rosagroniefteproduct). Ma nawet tytuły Honorowego Budowniczego Rosji, a także Moskwy. Trzy lata temu stał się właścicielem połowy udziałów Astarty-Kijów. Od kwietnia 2005 r. jest zastępcą dyrektora generalnego spółki Rusmark-M Ltd. z Moskwy.

— Dzisiaj Astarta-Kijów ma pięć cukrowni. Cztery w okolicach Połtawy tworzą Przedsiębiorstwo Produkcji Rolnej Cukrowik Połtawszczini sp. z o.o. Piąta, Żdaniwska, stanowi podstawową część spółki zależnej Agropromtsukor, działającej w obwodzie Winnica. Razem produkują 4,6 proc. cukru na Ukrainie. Cukrownie to jednak nie wszystko. Bo surowca dostarcza 20 przedsiębiorstw rolnych (łącznie niemal 74 tys. ha ziemi — najwięcej ze wszystkich firm cukrowniczych na Ukrainie). Do tego mamy hodowlę bydła, mieszalnię pasz i fabrykę przetworów owocowo-warzywnych. Chcemy skonsolidować rozdrobniony rynek cukrowniczy i rozwijać się w zintegrowanej strukturze pionowej — czyli od uprawy buraka do sprzedaży cukru — opowiada Wiktor Iwanczyk.

Fakt, Astarta nie jest jedyna. Konkurencja spora, ale rozdrobniona. Tylko jedną trzecią rynku kontroluje pięć największych firm. Pozostała część należy do 35 mniejszych. Pytamy Iwanczyka, czy nie korci go, by je wykupić.

— Pracujemy nad tym — rzuca.

I na to pójdą pieniądze z emisji?

— Między innymi. Oczywiście nie wykupimy całej konkurencji. Nie mamy takiego zamiaru. Na pewno wyskubiemy rodzynki, najlepsze cukrownie z własną bazą surowcową i udziałem rynkowym. Chcemy być liderem na Ukrainie. Unowocześniamy też własne rodzynki tak, by spełniały standardy Unii Europejskiej. Będą wtedy mogły produkować dwa razy więcej cukru niż obecnie — dodaje Iwanczyk.

To po co kupować konkurentów?

— Żeby mieć potencjał. Na przyszłość — tłumaczy Iwanczyk.

Bliższa ciału koszula

Może — inwestując w ukraiński holding — Polacy zbudują konia trojańskiego, który za nasze pieniądze wykupi polskie cukrownie albo zaleje nas tanim cukrem?

— Możecie spać spokojnie, nie mamy takich planów. U was redukuje się produkcję cukru, a na Ukrainie popyt stale rośnie. Poza tym będziemy mieć gdzie sprzedawać nadwyżki: na przykład od 2009 roku pojawi się możliwość eksportu ukraińskiego cukru do Rosji. Nam trzeba jedynie kapitału, a ten jest właśnie w Polsce — uspokaja Iwanczyk.

E, nie tylko w Polsce. Większy jest na Wall Street czy giełdach w Londynie albo Frankfurcie. Dlaczego więc Ukraińcy wybrali akurat warszawski parkiet?

— Długo się wahaliśmy: czy Londyn czy Warszawa, ale bliższa koszula ciału, bliżej nam do Warszawy. Dla Londynu jesteśmy małą firmą, ale dla Warszawy — średnią. No i wasza giełda przoduje w tej części Europy. Jest jednym z dynamiczniej rosnących rynków Europy w ostatnich latach. W Polsce funkcjonują odpowiednie regulacje prawne umożliwiające nam ofertę publiczną i debiut. Spotkaliśmy się również z bardzo przyjaznym nastawieniem ze strony instytucji rynku kapitałowego, a także polskich inwestorów — tłumaczy Iwanczyk.

Dlaczego w Warszawie debiutuje holenderska spółka, a nie ukraińska?

— Cena akcji ukraińskiej Astarty-Kijów musiałaby być podawana w hrywnach. Nie sądzę, żeby to było wygodne dla polskich i zagranicznych inwestorów. Dlatego zdecydowaliśmy, że na polską giełdę wejdzie spółka holenderska. Spółka, której akcje dopuszczono do publicznego obrotu w jednym z krajów UE, korzysta z zasady jednolitego paszportu i może swobodnie wybrać kraj notowań w ramach Unii — dodaje Siergiej Trifonow, w kijowskiej Astarcie dyrektor departamentu rozwoju strategicznego i kredytów międzynarodowych.

Innymi słowy: trzeba było stworzyć holenderską spółkę, by wejść na warszawską giełdę, bo inaczej Astarta musiałaby wpierw zadebiutować na giełdzie w Kijowie, dopiero potem w Warszawie.

Wszyscy pod Panem Bogiem

Z czego jednak wynika taka konstrukcja holdingu: holenderska Astarta z dwoma spółkami cypryjskimi?

— Aluxes i Albacon to spółki należące do dwóch założycieli Astarty. Dlaczego są zarejestrowane na Cyprze? Odpowiedź jest prosta: podatki. Podobnie jest z rejestracją giełdowej spółki w Holandii. Służy to wyłącznie optymalizacji podatkowej i jest korzystne dla naszych akcjonariuszy zarówno starych, jak i nowych. Rejestrując spółkę bezpośrednio w Polsce, narazilibyśmy ich na konieczność płacenia dodatkowych podatków od dywidendy na Ukrainie — tłumaczy Wiktor Iwanczyk.

Będą dywidendy? Wysokie?

— Naszym celem jest utrzymanie stabilnego wzrostu działalności, a także udział w konsolidacji ukraińskiego rynku cukru. Dlatego rada dyrektorów nie będzie rekomendowała akcjonariuszom wypłaty dywidendy do momentu zatwierdzenia sprawozdania za 2008 rok — nie owija w bawełnę prezes.

Astarta ma też 20 mln euro zaciągniętych kredytów. A zagrożenia dla firmy?

— Wszyscy pod Panem Bogiem chodzimy. On jest naszym głównym szefem. Myślę jednak, że nie mamy się czego obawiać — mówi Wiktor Iwanczyk.

Może polityczne?

— Sytuacja w kraju jest stabilna, mamy nowy rząd. Co więcej, gospodarka pokazuje, że rozwija się bez względu na to, co dzieje się w polityce. Podczas przejściowego braku rządu między marcem a lipcem PKB Ukrainy dynamicznie rósł. W pierwszym półroczu 2006 o 5 procent. Nasz biznes jest też niezależny od ukraińskich elit politycznych. Żeby zarobić w przemyśle spożywczym czy rolnictwie, trzeba się napracować. To nie jest taki łakomy kąsek, jak metale, paliwa, telekomunikacja czy chemia — dodaje prezes, zerkając dyskretnie na zegarek, bo przed nim lot.

Witamy w Jareskach

Czy Astarta Kijów jest wiarygodną firmą?

Pokołchozowe cukrownie i gospodarstwa rolne to podstawa jej majątku. Prezes Iwanczyk co prawda wspominał, że trochę je zmodernizowali, ale co znaczy: „trochę”? Na dokończenie prac ma pójść część środków z emisji. Więc jak to wygląda teraz? Co tak naprawdę kupują polscy inwestorzy?

Samolot. Kijów i trzysta kilometrów autostradą pod Połtawę — do cukrowniczego serca Ukrainy. Tu Astarta ma większość cukrowni — w tym pierwszą, jaką nabyła, należącą do spółki Cukrowik Połtawszczini, właśnie we wsi Jareski.

Mamy przewodnika. Siergiej Trifonow dużo mówi, ale tylko to, co powinien. Za oknem migają pola płaskie jak kort tenisowy.

— Astarta-Kijów zatrudnia 6 tys. osób, z czego setka pracuje w kijowskim biurze. Przychody rosną z roku na rok. W zeszłym to było prawie 52 mln euro, rok wcześniej — 32 mln — informuje Siergiej Trifonow.

Jest w swoim żywiole.

Po godzinie stajemy na stacji paliw. Jurij, kierowca, tankuje, a ja patrzę na cenę bezołowiowej i wzdycham z zazdrością. Ale Siergiej kręci nosem, bo znowu podrożała.

— W firmie poważnie myślimy o biopaliwach. Etanol z melasy, którą się otrzymuje przy przetwarzaniu buraków na cukier, nie jest przecież niczym nowym — mówi Siergiej.

Z żółtej beczki nalewamy sobie kwasu chlebowego.

Dwie godziny jazdy przez dawny step i stajemy przed elegancką kutą bramą. Obok fantazyjnie wygięty ku górze kawał metalu zwieńczony małą rakietą — pomnik ku czci pierwszego lotu w kosmos. To już Jareski.

— Witamy w Jareskiwskiej Cukrowni — mówi Wiaczesław Bilasz, dyrektor spółki Cukrowik Połtawszczini, jowialny pan z garniturem złotych zębów.

Wraz z dyrektorem cukrowni Władimirem Kusztą ciągną nas za bramę.

Pierwsze wrażenie? Nieszczególne. Nowoczesna jest chyba tylko brama, bo wstawiona raptem dwa tygodnie temu. Reszta przypomina skansen. Stare ceglane mury nie pamiętają już chyba remontu. Wewnątrz przestronnej hali też nie lepiej. Tu czas zatrzymał się 50 lat temu. Mało nowoczesności, zero automatyki, komputerów, żadnych aluminiowych zbiorników, nowoczesnych urządzeń, technologii. Większość maszyn i instalacji ma po 40 lat i więcej. Wielkie parowniki, w których osadza się cukier po odparowaniu z buraczanego soku, obłożone są azbestem. Są starsze ode mnie. Podobnie jak polska turbina z Zamechu.

— Wciąż jeszcze znajduje się tutaj kilka polskich maszyn, ponieważ zakład został zbudowany zgodnie z polską technologią. Od 40 lat, a więc od samego początku, opiekuje się nią ten sam człowiek — Zagwostkin, Polak — mówi Bilasz.

— Jednak od momentu zakupu inwestujemy w cukrownię znaczące środki. Remontujemy ją m.in. po to, by mniej gazu zużywała — dodaje Wladimir Kuszta, dyrektor zakładu.

Pierwszy dyfuzor DC12 (też polski) pracował 30 lat. Filtry z 1965 roku jeszcze trochę wytrzymają. Słowem: jak się rzekło — technologiczny skansen. Szefostwo cukrowni jakby dostrzegło dezaprobatę.

— Czołg służy do strzelania, a nie do podobania się. Wpierw inwestujemy w produkcję, potem w estetykę — tłumaczy Bilasz.

— Wszystkie cukrownie na Ukrainie tak wyglądają, ale nasza — jako jedna z pięciu — ma certyfikat ISO — dodaje dyrektor Kuszta.

I od razu przekonuje, że inwestycje już się rozpoczęły, że będzie automatyka i nowe urządzenia.

Fakt, remont trwa. Cokolwiek by mówić: mnóstwo cukru — 3 tys. ton dziennie, jak podają gospodarze — tu jednak powstaje.

Przychodzi wiadomość z ambasady: Credit Rating Agency (jedyna ukraińska firma ratingowa uznawana przez Ministerstwo Finansów Ukrainy oraz tutejszą giełdę) wystawiła spółce Cukrowik Połtawszczini ocenę A (w skali czterostopniowej: BBB, A, AA, AAA). A to oznacza, że jej akcje są bardziej podatne na niekorzystne zmiany w finansowym, ekonomicznym i handlowym otoczeniu niż te z etykietką AA czy AAA.

Buraki Gogola

Opuszczamy Jareski i jedziemy do oddalonej o kilkanaście kilometrów wsi Soroczyńce Wielkie. Chcemy zobaczyć drugą nogę Astarty-Kijów — gospodarstwa rolne.

— Astarta ma nie tylko własne cukrownie, również własne buraki. A że te wymagają płodozmianu, więc oprócz nich sieje się zboża i rośliny oleiste. Z nich jest dodatkowy zysk i pasza dla bydła. W zeszłym roku spółka sprzedała 105,8 tys. ton płodów rolnych, a to dało 15 proc. jej przychodów — tłumaczy Siergiej.

Za oknem widok w Polsce egzotyczny: gdzie spojrzeć — żółte pola słoneczników. Ciągną się kilometrami. Po horyzont. Tu wszystko na czarnoziemie rośnie. Po drodze mijamy wioski, a raczej sioła niby żywcem z powieści Gogola.

Siergiej, a wiesz, ile jest cukru w cukrze?

— Z jednego buraka wyciągamy ponad 13 proc. cukru. Z tony to jakieś 130 kg. Średnia ukraińska wynosi 12 proc. i jest sporo niższa niż w Unii Europejskiej. Mamy więc duże możliwości rozwoju i poprawy efektywności — rzuca Siergiej, jakby miał gotową odpowiedź.

Polskie cukrownie osiągają 17 proc.

Różne obrazy

Po kwadransie stajemy w szczerym polu, po którym pędzą gigantyczne traktory. Orka. Po chwili otacza nas gromadka agronomów i robotników. Rozniosło się, że „Poljaki prijechali”.

— Uprawiamy niemal 74 tys. ha ziemi. Dzierżawimy ją od rolników, ponieważ tylko państwo i rolnicy mogą być właścicielami — słychać od agronoma.

A jak wypowiedzą dzierżawę?

— Na tysiąc rolników jeden wypowiedział. Na krótko. Dzisiaj pracuje u nas. Im się to po prostu nie opłaca, potrzebna jest większa skala działalności. Rocznie dostają od nas więcej za dzierżawę, niż sami by wyciągnęli, pracując przez okrągły rok. Wielu zostawia nam ziemię i przenosi się do miast — mówi inny agronom.

A jak któryś zechce sprzedać swoje pole?

— Prawo tego zabrania. Być może nasz parlament od 2008 roku to zmieni i chętni będą mogli sprzedać ziemię, a my będziemy mieli prawo pierwokupu — dopowiada.

Chwilę później docieramy do Soroczyńców Wielkich, rodzinnej wioski Mikołaja Gogola.

Jest tam jedna z agrofirm Astarty. Ciekawy widok. Wokół — znów jak w skansenie — stare stodoły, nikomu już niepotrzebne stare pordzewiałe maszyny rolnicze, traktor Białoruś, który umknął uwadze muzealników.

Ale na pierwszym planie nowiusieńkie traktory Case — za kilkaset tysięcy euro, siewniki, jakie w Polsce trudno znaleźć, najnowsze amerykańskie kombajny Amity do zbioru buraków, każdy w cenie porządnego mercedesa. I agronomowie, którzy rozmawiają o przewadze amerykańskiego systemu hodowli buraka nad europejskim. Kontrast.

Tu wszystko jest kontrastem.