Słodyczy ci u nas dostatek

Agata Ałykow
opublikowano: 2006-07-21 00:00

Wszystko postawili na jedną kartę. Dziś nie żałują. Strach minął, firma się rozkręciła, a oni — jedyni w mieście — mają pewność, że nie stracą etatów.

Czerwcowe popołudnie. Zamek Piastów w Brzegu wypełnia się pracownikami Przedsiębiorstwa Wyrobów Cukierniczych Odra oraz zaproszonymi gośćmi. Siadają przy długich stołach. Raczą się kaszanką, bigosem i karkówką podpiekaną na ruszcie. Z kufli sączą piwo. Nie brakuje słodkich jak miód trufli. Po przemowach, nagrodach i wyróżnieniach na stół wjeżdża piętrowy tort z chałwy. Słychać gromkie brawa. Bal na ponad 900 osób kończy się nad ranem. Tak pracownicy świętowali 60. rocznicę uruchomienia zakładu.

Na swoim

Mają powody do zadowolenia. To jedna dobrze prosperująca firma z nielicznych w kraju, której właścicielami są jej pracownicy. W ubiegłym roku przy 110 milionach złotych obrotów wypracowała 2 miliony zysku. Szefostwo przewiduje w tym roku dochody o 7 procent wyższe. W kasie byłoby pewnie więcej, ale tutaj nie zwykło się oszczędzać na załodze.

— Mamy stosunkowo wysokie koszty pracy — przyznaje prezes Odry Cecylia Zdebik.

Wysokie, bo w Odrze nie tylko zysk się liczy. Ważniejsi są ludzie i dobry klimat.

— Jesteśmy u siebie. Nikt nas nie wyrzuci na bruk. Z chęcią przychodzi się do pracy. Nie ma nerwowości, chowania się po kątach przed szefem. Czujemy, że przyszłość zależy tylko od nas — tłumaczy atmosferę w firmie Elżbieta Łopusiewicz, akcjonariusz i mistrz galanterii czekoladowej.

Dla pracowników Odra stanowi niemal drugi dom. Zawiązało się tu 60 małżeństw. Nawet emeryci co rusz zaglądają, by sprawdzić, jak firma się rozwija. Takie podejście sprawia, że swoich akcji pracownicy pilnują jak oka w głowie.

— Nie zdarzyło się, by je sprzedano kupcowi spoza zakładu. Jeśli ktoś z nich rezygnuje, to tylko na rzecz rodziny lub innego akcjonariusza — mówi Grażyna Jurek, kierownik produkcji.

Odra to jedyny zakład, który nie kryje, że do pracy przyjmuje przede wszystkim „swoich ludzi”.

— Jeśli o posadę stara się ktoś z rodziny pracownika, to na pewno go wybierzemy. Chcemy wiązać ludzi z firmą. Takie preferencje obowiązują jednak wyłącznie przy obsadzie niższych stanowisk. Gdy chodzi o kadrę zarządzającą, wyższy personel, szanse mają tylko najlepsi w swoim fachu — tłumaczy prezes Cecylia Zdebik.

Nie rzuca słów na wiatr. Aleksandra Guszpit z działu marketingu, by dostać pracę, musiała wygrać konkurs.

— Mimo że moja mama pracuje w dziale poligraficznym i jest z firmą związana od lat — wyjaśnia.

PWC Odra zatrudnia ponad 700 osób, głównie kobiety.

— Mają do dyspozycji gabinety lekarskie, by podreperować zdrowie. Osoby na etacie, zwłaszcza zatrudnione przy produkcji słodyczy, mogą bezpłatnie leczyć zęby. Dla cukierników to bardzo ważne — przyznaje Aleksandra Guszpit.

Pracownicza mobilizacja

Nie zawsze było różowo. Na przełomie 1991 i 1992 roku zapadła decyzja o prywatyzacji brzeskich cukierków. Odra trafiła na listę jednego z Narodowych Funduszy Inwestycyjnych. Załoga stanęła przed wyborem: zagraniczny inwestor czy samodzielność, ale obciążona ryzykiem plajty.

— Pojechaliśmy na szkolenie o mechanizmie prywatyzacji. Wróciliśmy bardzo rozczarowani — wspomina Cecylia Zdebik, wieloletnia prezes i dyrektor Odry.

Okazało się, że w najlepszym razie staną się częścią wielkiej korporacji, bez perspektyw rozwoju, za to z niemal stuprocentową gwarancją częściowej likwidacji.

— Wybraliśmy leasing pracowniczy, choć przykład innych firm wcale nas nie zachęcał, bo to przeważnie kończyło się plajtą — opowiada Cecylia Zdebik.

Zarząd zapytał załogę o zdanie. 85 procent zatrudnionych chciało zaryzykować. Aby zostać akcjonariuszem, należało przeznaczyć na wykup udziałów co najmniej trzy miesięczne pensje. Zapożyczyli się w bankach, u znajomych i wśród rodziny, by zgromadzić jak najwięcej udziałów.

— Przeznaczyłam na ten cel także trzynastą pensję. Chodziło o duże sumy, nawet po dziesięć milionów starych złotych. Nie było osoby, która nie odczuwała strachu, że ryzykuje majątkiem całej rodziny — wspomina pionierskie czasy Grażyna Jurek.

W damskich rękach

Cecylia Zdebik —mózg przejęcia firmy przez pracowników — została w Brzegu, bo to rodzinne miasto jej męża. Dostała posadę w zakładach ponad 30 lat temu, świeżo po studiach, choć słodycze nie były jej specjalnością.

— Wiedziałam wszystko o wyrobach mięsnych. Kiedy kazano mi iść do karmelarni, nie wiedziałam, gdzie to jest. Ale nie miałam wyboru. Był tylko jeden wolny etat — wspomina ze śmiechem pani prezes.

Zaczynała jako technolog. Odpowiadała za to, by słodycze spełniały wymogi prestiżowego w latach 70. znaku jakości „Q”. Razem z kolegami wymyśliła karmelki nadziewane kwiatem róży i czarną porzeczką, a także cukierki-gumki dla dzieci, które jeszcze nie umiały żuć balonówek.

— Na początku pracownicy chcieli podziału dywidendy i korzystania z zarobionych pieniędzy. Musieliśmy poświęcić dużo energii, by wyjaśnić im, że zarobek trzeba inwestować, bo to jedyna gwarancja przetrwania na rynku — wyjaśnia Cecylia Zdebik.

Do ostrej dyskusji dochodzi raz w roku — podczas walnego zgromadzenia udziałowców. Najgorętsze spory toczą się tylko wokół jednego: zagospodarowania zysku. Ale warto je prowadzić, bo dzięki nim udało się zmodernizować zakład, uruchomić nowe linie produkcyjne (najnowsza służy do produkcji pralin przy wykorzystaniu tzw. zimnego stempla), założyć klimatyzację w halach i powiększyć obszar firmy, a przede wszystkim spłacić jej majątek. Odra ma własną sieć dystrybucji, zwiększa zatrudnienie i poprawia warunki socjalne.

Nie zrywa jednak z tradycją. Dużą część słodyczy wymyślono tuż po wojnie. Od lat 40. wytwarza karmelki, dekadę później ruszyła produkcja chałwy, kukułek i trufli. Jedyna w kraju w latach 70. kupiła od japońskiego producenta linię do wytwarzania gumy do żucia w kształcie listków. Tak ruszyła produkcja Bolka i Lolka. Rywalizowała też z producentem Donalda historią obrazkową do kolekcjonowania, ukrytą pod opakowaniem. W 1973 roku zarzuciła rynek gumami Dino, w formie kostek.

— Niektóre opakowania pozostały jak przed laty. Klienci kojarzą je z dawnych czasów i produkty te mają bardzo dobry zbyt — mówi Cecylia Zdebik.

Jakość ponad wszystko

Tradycja zobowiązuje, ale w Odrze myśli się przede wszystkim o przyszłości. Produkują słodycze z najlepszych składników. Kontrolują jakość u swoich dostawców. Przez sito nie prześlizną się sztuczne miody, czekoladopodobne kuwertury czy wątpliwej jakości nadzienia.

Dlatego na walorach krówek, galaretek i karmelków z Brzegu poznali się Niemcy, Kanadyjczycy czy Chińczycy z Tajwanu. Eksport stanowi 12 procent obrotu. Polacy też je chwalą. Na północy kraju przede wszystkim karmelki nadziewane, na południu — karmelki leśne z olejkiem sosnowym, który na chore gardło działa niczym balsam.

— Liczymy, że klient zrozumie, że tani towar nie wiąże się z wysoką jakością — zaznacza prezes Cecylia Zdebik.

Niezależnie od geografii, stałych wielbicieli mają galaretki w czekoladzie, trufle i chałwa.

Skąd to wiadomo? Dzięki własnemu wywiadowi złożonemu z 70 handlowców. Nie tylko sprzedają wyroby, ale także sprawdzają, czy smakują one klientom.

Aby wytrzymać konkurencję, Odra rozbudowała dział sprzedaży, mocną sieć dystrybucji, regularnie prezentuje się na światowych targach branżowych.

— Liczymy się z zasadami nowoczesnego marketingu: inwestujemy w atrakcyjne opakowania. Działamy elastycznie. Na przykład irysy zazwyczaj sprzedawane są na wagę, ale na życzenie dwóch dużych sieci handlowych zaprojektowaliśmy kartonik, do którego zapakowaliśmy wszystkie rodzaje tych cukierków, tworząc miks w atrakcyjnej cenie — wyjaśnia Joanna Dziadek, kierownik działu marketingu.

Dzięki tej elastyczności udało się uniknąć skandalu z krówkami wysyłanymi do Jemenu i Arabii Saudyjskiej.

— Z opakowań usunęliśmy wizerunek krówki, bo w tych krajach to święte zwierzę. Nie ma jej też w nazwie cukierka. Sprzedawany w krajach muzułmańskich jest zwykłym toffi z nadzieniem — mówi Aleksandra Guszpit.

Zakład stawia też na zatrudnianie jak najlepszych fachowców. Szef działu eksportu zna kilka języków obcych i ma doskonałe kontakty w branży. Jego inicjatywie oraz obecności na targach w Chicago Odra zawdzięcza zaproszenie do rozmów z amerykańską siecią Wal-Mart w sprawie dostaw słodyczy.

— Jesteśmy obecni na rynku amerykańskim, ale ten kontrakt sprawiłby, że bylibyśmy tam bardziej widoczni. Na razie musimy dostosować się do amerykańskiego systemu jakości BRC. Przeszkoliliśmy kadrę kierowniczą. Pozostaje wdrożyć zalecenia i czekać na wyniki kontroli. Po otrzymaniu dobrej oceny możemy rozmawiać o umowie i dostawach — wyjaśnia Aleksandra Guszpit.

Obserwują krajowy rynek słodyczy. Co roku zamawiają raport o wartości polskiej produkcji, by sprawdzić, jaką część rynku zajmują, jakie obroty osiąga konkurencja i co najlepiej się sprzedaje. Dzięki zrzeszeniu w izbach branżowych i biznesowych (Business Centre Club, Polbisco, które reprezentuje branżę w kwestiach dotyczących handlu, gospodarki, prawa i nauki) korzystają z fachowych szkoleń.

— Zawsze staramy się być na bieżąco w sprawach nadzoru nad firmą. Działa u nas zintegrowany system zarządzania ludźmi, uczymy się, jak fachowo przygotowywać eventy, korzystamy z nowoczesnych technologii komunikacji. Ostatnio testowaliśmy podczas szkoleń elektroniczne urządzania do składania zamówień — podkreśla Aleksandra Guszpit.

Jak przyznaje Joanna Dziadek, największym skarbem Odry jest jednak doskonałej jakości wyrób i wieloletnia tradycja.

— Dzięki temu można powiedzieć, że nasze wyroby same bronią się przed konkurencją — podkreśla.

Cukierki pod koszem

Coraz chętniej PWC Odra angażuje się w kampanie reklamowe. Cukierki pokazują się na szklanym ekranie.

— Myśleliśmy nawet, by do reklamówek zatrudnić znaną gwiazdę. Ale podsumowaliśmy koszty i stwierdziliśmy, że na honorarium dla osoby ze znanym nazwiskiem nas nie stać — przyznaje Cecylia Zdebik.

Firma zdobyła jednak rozgłos, ale dzięki sportowi.

— Był środek sezonu, gdy przyszła do mnie miejscowa drużyna koszykarek. Splajtował ich sponsor, brzeski producent margaryny Kama. Prosiły o pomoc. Długo zastanawiałam się, co zrobić, bo nigdy nie interesowałam się sportem — wspomina Cecylia Zdebik.

Ostatecznie koszykarki i firma podpisały kontrakt. Powstała drużyna Cukierki Odra Brzeg, która pnie się coraz wyżej w tabeli rozgrywek. Pani prezes i pracownicy zakładów zaczęli się pasjonować tą dyscypliną sportu i regularnie bywać na meczach.

— Opieka nad koszykarkami to coś więcej niż sponsoring. To także integracja wewnątrz naszej firmy. A o to zawsze nam chodziło, bo przekłada się na jakość naszej pracy — przyznaje prezes Cecylia Zdebik.