Po chwilowym spadku notowań za franka szwajcarskiego znów trzeba zapłacić ponad 3,25 złotego. To nie kwestia złotego, który względem dolara i euro radzi sobie dobrze. To efekt umocnienia szwajcarskiej waluty. W czwartek mamy posiedzenie szwajcarskiego banku centralnego, który będzie pod presją ustosunkowania się do ostatnich ruchów na rynku.
Frankowi zdaje się sprzyjać wszystko — nieustające problemy z zadłużeniem na peryferiach strefy euro, ekstremalnie luźna polityka amerykańskiej Rezerwy Federalnej (Fed), a ostatnio także pogorszenie nastrojów na rynkach globalnych, co zachęca szwajcarskie oszczędności do powrotu do kraju. W efekcie inwestorzy testują barierę 1,20 franka za euro. Czy zważając na niepowodzenie ostatniej fazy interwencji na rynku walutowym, która odbyła się rok temu, Szwajcarski Bank Narodowy (SNB) może pomóc? Może. Pomimo rekordowo mocnego franka większość ekonomistów globalnych instytucji nadal oczekuje dwóch podwyżek w tym roku. Jest to efekt marcowego komunikatu, którego wydźwięk był umiarkowanie jastrzębi. SNB zmieniając jedynie wydźwięk komunikatu i sugerując brak podwyżek na ten rok mógłby doprowadzić do dużego osłabienia franka w krótkim terminie. Pytanie tylko, czy na taki ruch się zdecyduje. SNB do tej pory nie stosował zapewnień w stylu Fed, odnoszących się do poziomu stóp procentowych.
Interwencja słowna SNB mogłaby pomóc, ale do trwałego osłabienia franka potrzebna jest zmiana otoczenia fundamentalnego. Dobrym początkiem byłoby wyciszenie problemów zadłużenia. Polityczna decyzja o przyznaniu Grecji dodatkowej pomocy może być pierwszym krokiem. Franka osłabi również powrót dobrej koniunktury na rynki akcji, którego spodziewamy się po przejściowej korekcie (tu pomogłyby niższe ceny ropy). Tylko w takiej sytuacji szwajcarskie oszczędności zaczną znów odpływać z kraju. Jeśli tak się stanie, kapitał spekulacyjny nie będzie się im przeciwstawiał.
Przemysław Kwiecień