Śniadek wiedzie na manowce

Jacek Kowalczyk
opublikowano: 2008-08-29 00:00

Związkowcy żądają wyższych płac i przywilejów emerytalnych. Nie ma lepszego sposobu, by wywołać kryzys — oceniają ekonomiści.

Dziś Solidarność demonstruje. Bo 12 proc. podwyżki to za mało

Związkowcy żądają wyższych płac i przywilejów emerytalnych. Nie ma lepszego sposobu, by wywołać kryzys — oceniają ekonomiści.

NSZZ Solidarność rusza do boju. Dzisiaj przez centrum Warszawy przejdzie — jak zapowiada — około 30 tys. niezadowolonych związkowców. Miejscem docelowym marszu będzie kancelaria premiera. Pod hasłem „Godna praca, godna emerytura” Solidarność będzie protestować przeciwko biedzie i rządowym propozycjom zmian systemu emerytalnego. Związkowcy chcą podwyżek i zachowania przywilejów emerytalnych.

Ktoś tu kłamie

Najważniejszy postulat Solidarności dotyczy wzrostu wynagrodzeń. Związkowcy żądają od pracodawców prywatnych i rządu wyższych pensji oraz podniesienia minimalnego wynagrodzenia do 50 proc. średniej krajowej. Ich zdaniem, płace rosną bowiem stanowczo zbyt wolno. Tymczasem ekonomiści od kilku miesięcy alarmują, że pensje rosną w tempie, jakiego nie widzieliśmy od wielu lat, a gospodarki nie stać na tak szybki wzrost wynagrodzeń. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, przeciętna pensja w sektorze przedsiębiorstw wynosi około 3,3 tys. zł brutto i jest o blisko 12 proc. wyższa niż przed rokiem. Przez ostatnie 12 miesięcy tempo wzrostu wynagrodzeń tylko dwukrotnie nieznacznie spadło poniżej 10 proc. To jeden z najwyższych poziomów w UE.

— Należy ufać statystyce. Liczby jednoznacznie pokazują, że tempo wzrostu wynagrodzeń jest bardzo wysokie. Koszty pracy rosną przez to znacznie szybciej niż produktywność, a to bardzo niebezpieczne zjawisko z punktu widzenia zarówno samej firmy, jak i całej gospodarki — twierdzi Bohdan Wyżnikiewicz, wiceprezes Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową (IBnGR).

— Jeżeli firm nie stać na podwyżki pensji, a są do nich zmuszone, przerzucają koszty wyższych wynagrodzeń na klienta, podnosząc ceny swoich produktów. I tak rodzi się inflacja — dodaje Ryszard Petru, główny ekonomista Banku BPH.

Trzymajcie się

Zdaniem Małgorzaty Krzysztoszek, ekonomistki PKPP Lewiatan, żądania jeszcze wyższych podwyżek płac to najskuteczniejszy sposób na wyhamowanie wzrostu gospodarczego.

— Dane statystyczne pokazują jednoznacznie, że już dziś koszty prowadzenia działalności rosną szybciej niż przychody. Główną przyczyną jest właśnie szybki wzrost wynagrodzeń. Z tego powodu firmy tracą rentowność. W pierwszym półroczu łączna strata netto wyniosła 8,1 mld zł, rok wcześniej była o 2,6 mld zł niższa — mówi Małgorzata Krzysztoszek.

Ekonomiści mają nadzieję, że rząd nie ulegnie związkowcom. To premier i minister skarbu są bowiem zwykle najbardziej podatni na naciski protestujących.

— Jeśli w państwowych firmach pensje pójdą w górę (a tak się niestety często dzieje, niezależnie od wyników spółek), żądania płacowe rozleją się na całą gospodarkę. Jeśli tak się stanie, firmy miałyby twarde lądowanie w czasie coraz wyraźniejszego spowolnienia gospodarczego — mówi Ryszard Petru.

Batalia o fajrant

Nie tylko pieniądze wyprowadziły związkowców na ulice. Ich złość wywołał także rząd, który chce odebrać wcześniejsze emerytury m.in. nauczycielom i większości kolejarzy. Zdaniem Solidarności, to prace w tzw. szczególnych warunkach.

— Populizm ma swoje granice. Obecnie w Polsce pracuje zaledwie połowa osób zdolnych do pracy — to zjawisko niespotykane w Europie. Ograniczenie przywilejów emerytalnych i zwiększenie zatrudnienia to reforma wręcz niezbędna, jeśli chcemy się rozwijać — uważa Bohdan Wyżnikiewicz.

Przypomina, że za niewydolność systemu emerytalnego płacą wszyscy.

— To budżet finansuje wcześniejsze emerytury. Pieniądze, które państwo każdego miesiąca przekazuje młodym emerytom, można by przeznaczyć np. na budowę infrastruktury, naukę czy inne inwestycje, które w przyszłości przyniosą zysk — argumentuje ekonomista IBnGR.

Okiem eksperta

Marcin Mróz

ekonomista Fortis Banku

Niebezpieczna spirala

Przyspieszenie tempa rostu wynagrodzeń w obecnych warunkach rodziłoby konkretne zagrożenia dla równowagi gospodarczej.

Już dziś pensje rosną znacznie szybciej niż wydajność, co w prosty sposób prowadzi do wzrostu inflacji. W dodatku argumentowanie żądań płacowych rosnącymi cenami to nic innego jak początek spirali płacowo-cenowej — inflacja nakręca wzrost płac, te zwiększają konsumpcję, co znowu wspiera wzrost cen. Taki mechanizm może trwać bardzo długo i prowadzić do bardzo wysokiej inflacji, co uderzyłoby we wszystkich — również w samych pracowników.

Rosnące ceny nieuchronnie prowadzą z kolei do wzrostu stóp procentowych, a to także uderza po kieszeni zarówno firmy, jak i gospodarstwa domowe.

Należy też pamiętać, że sytuacja firm się pogarsza. Koszty już teraz rosną szybciej niż ich przychody. Dalszy wzrost kosztów pracy sprawiłby, że firmy rozwijałyby się wolniej, więc byłyby mniej skłonne zwiększać zatrudnienie. Rosnące żądania płacowe mogą zatem uderzyć w pracowników rykoszetem — pogorszeniem sytuacji na rynku pracy.

Okiem eksperta

Jeremi Mordasewicz

ekspert PKPP Lewiatan, były członek rady nadzorczej ZUS

To uderzy w pracowników

Obecnie z wcześniejszych emerytur korzysta około miliona osób. Zakładając,

że w przyszłości utrzyma się skłonność do przechodzenia na nie, za kilka lat liczba ta się podwoi. Rządowe rozwiązanie zakłada więc docelowo zmniejszenie liczby uprawnionych do jednej dziesiątej. Przyniosłoby to oszczędności wynoszące około 11 mld zł rocznie. To ponad połowa całego deficytu budżetowego zakładanego na 2009 r. A w razie osłabienia koniunktury byłby to balast znacznie poważniejszy niż obecnie. Ograniczenie przywilejów emerytalnych to kluczowy element reformy finansów publicznych, a jej brak silnie hamowałby rozwój gospodarczy.

Ale nie tylko finanse publiczne cierpią z powodu przerośniętych przywilejów emerytalnych wybranych grup zawodowych. Tracą też wszyscy pozostali pracownicy. Szybszy wzrost gospodarczy to wyższy poziom życia obywateli. Ponadto starzenie się społeczeństwa przy obecnych przywilejach sprawiłoby, że za 20 lat liczba emerytów by się podwoiła. Żeby system był wydolny, składka emerytalna każdego pracownika musiałaby więc wzrosnąć z niespełna 20 do 40 proc. jego pensji.

Czego chcą związkowcy

Domagamy się wzrostu płac, który zrekompensuje wzrost kosztów utrzymania.

Na plakacie zachęcającym do wzięcia udziału w manifestacji czytamy, że Solidarność domaga się, by pensje rosły równie szybko jak ceny. Jeśli literalnie czytać ten postulat, związek żąda wyhamowania tempa wzrostu wynagrodzeń pracowników. Według danych GUS, od około trzech lat pensje rosną w tempie kilkakrotnie wyższym niż ceny.

Domagamy się uprawnienia do obniżonego wieku emerytalnego.

15

mld zł Tyle każdego roku podatnicy wydają na wcześniejsze emerytury. Rząd chce reformy, związkowcy – zachowania status quo.

Wraz ze zmianą systemu emerytalnego rząd planuje wprowadzenie tzw. emerytur pomostowych – mają zapewnić łagodne przejście z jednego modelu na drugi. Nie ma jednak zgody co do tego, kto owe „pomostówki” otrzyma. Według obecnych przepisów, prawo do wcześniejszego przejścia na emeryturę ma 1,2 mln osób. Rząd chce natomiast ograniczyć tę liczbę do niespełna 200 tys. Związkowcy są przeciw. Nie zgadzają się na przykład

z odebraniem przywileju emerytalnego nauczycielom i niektórym zawodom kolejarskim. Dołączenie tylko tych dwóch grup powiększyłoby liczbę uprawnionych przynajmniej do 700 tys. osób.