Sowity melanż

Wojciech Surmacz, Anna Stankowska, Aleksandra Więcka, Katarzyna Żelazek
opublikowano: 2005-04-28 00:00

Ćpają, piją, lulki palą. Tańce, hulanki, swawole! Ledwie klubu nie rozwalą… Biznes się bawi!

Piątek: singiel po pracy czasem do domu nie wraca. Po co? Od razu do knajpy. Niby coś zjeść… Małe piwko? Czemu nie? Ale tylko jedno, za szybą czeka zaparkowana Becia… A tu kumpel proponuje coś jeszcze, obok siedzą fajne panny… Udają, że nie widzą? Ściemnia się… Dobra, to dzisiaj porzut: fura zostaje w mieście. Drink, drink, drink. Idzie w ruch telefon. Znajomi. Przy stoliku coraz gęściej. Za ciasno? To na drugą stronę ulicy. W bramie nowy lokal, mało kto wie. Ponoć niezły klimat… Pojawia się jakiś joint. Drink. Taksówka. Klub. Ostry beat. Tekla, Tekla, Tekla… Agencja. Stopklatka.

— Tak się zaczyna melanż. Wystarczy się zahaczyć, dobrze wkręcić w towarzystwo i jest młodzieżowo — mówi Jacek, szef marketingu jednej z największych w Polsce firm deweloperskich (31 lat, kawaler).

Pod barem

„Kraków piękny, trochę śmierdzi, a poza tym po staremu/ W Piwnicy pod Baranami banda zgredów i szpanerów/ Wolno się sączy czarna kawa w Rio/ Wódka droższa, co poza tym, chyba nic się nie zmieniło” — śpiewa Maleńczuk o kulturalnej mekce Polski. Inni mawiają: „W Krakowie się nie ćpa. Jeśli już — to mało i miękko. Tu się głównie chla — normalnie, po polsku”. Główne rewiry nocnych szaleństw są w Krakowie dwa: Rynek i Kazimierz. Pierwszy otoczony setkami lokali, dostępny dla turystów, wypucowany, elegancki... Za to dawna dzielnica żydowska, dziś zmieniona w „bawialnię” dla gości, chowa w zanadrzu kilka miejsc o niepowtarzalnym klimacie. Klienci, którzy okres studenckich imprez topionych w alkoholu mają już za sobą, rzadko zapuszczają się do lokali urządzonych w piwnicach. Jakoś tak się przyjęło, że tam bawi się młodsza publika. Starsi powinni — dopóki sił starczy, czyli w początkach wieczoru — wdrapać się na pierwsze piętro przy ul. Floriańskiej, do Pauzy, przez wielu uznawanej za klubowy wzorzec metra. W trzech nowocześnie urządzonych salach — oprócz drinków — proponuje wystawy fotografii (piętro wyżej jest też klubowa galeria) i przyzwoitą klubową muzykę. Strawa duchowa to ważny element krakowskiego clubbingu. Niemal każda licząca się knajpka ma w repertuarze wernisaże lub koncerty. To przyciąga klientelę, która nie łoi piwa za piwem, a skusi się raczej na caipirinhę czy mohito. W Boogie na rogu Szpitalnej i Tomasza na ścianach wiszą na razie tylko „elementy wystroju” — czyli zdjęcia jazzmanów. Za tydzień wielkoformatowe akty, potem wystawa malarstwa Tomka Senkowskiego.

— Takie wydarzenia decydują o charakterze lokalu. Chciałem, żeby to było miejsce bardziej europejskie niż krakowskie. Nie podobają mi się meble z demobilu, półmrok i świeczki — mówi współwłaściciel Tomek Dereń, który poza prowadzeniem Boogie szefuje firmie szkoleniowej.

Boogie, utrzymane w eleganckiej czerni i bieli, przyciąga i młodych biznesmenów, i turystów. Wielu z nich przyleciało poimprezować specjalnie z Londynu. Nie narzucają tempa. Wchłaniają krakowskie zwyczaje: siadają, gadają, palą, muzyka się sączy. Jaka? Na ogół klubowa i oczywiście jazz. Kto nie skusi się na Jarka Śmietanę (np. w Showtime przy Rynku Głównym), może pójdzie posłuchać coverów granych przez Latające Talerze w Stalowych Magnoliach (ul. Jana).

— Jak bawią się goście, zależy od muzyki. Przy znanych hitach zmieniają koncert w karaoke — wtórują wokalistom. Przy kubańskich rytmach zsuwają stoliki i tańczą — opowiada Szymon Musiałek, barman z Showtime.

Do Prozaca (pl. Wszystkich Świętych) na koncerty znanych DJ-ów przychodzą tłumy. Ale tu średnia wieku obniża się. W klubach takich jak Cień czy Fusion bawią się głównie dziewczyny, które chcą poćwiczyć „na żywo” angielski z kursu oraz cudzoziemcy nastawieni na bliskie spotkania z Polkami. To oni przylatują samolotami tanich linii i odreagowują ciężki tydzień spędzony w jednej z europejskich metropolii. Kiedy drink kosztuje w złotówkach tyle co w euro, nic ich nie hamuje, więc zdarza im się pić na umór, a jeśli chcą — znajdą dostawcę „chemii”.

Typowy krakus jest zwolennikiem imprez zasiadanych. Nawet między lokalami przemieszcza się niechętnie, a jeśli już — to raczej z konieczności. Fluktuacja dokonuje się w ustalonym rytmie znanym właścicielom, którzy dostosowali do nich godziny otwarcia. Les Coleurs na Kazimierzu otwiera się już o 7 rano (wpada się tu na kawę przed pracą, ewentualnie przed powrotem do domu po imprezie). Zaraz potem wypełniają się lokale obok — czynne do 4-5 rano. Trudno tu mówić o „szaleńczym clubbingu”. Nic dziwnego. W mieście, w którym czas płynie wolniej, nie trzeba zaliczyć wszystkich nowych miejsc w ciągu doby. Oprócz soboty można przecież wpaść na piwo we wtorek albo czwartek. Środek tygodnia nie jest w Krakowie martwy towarzysko.

— Do knajpy chodzi się przede wszystkim, żeby spotkać znajomych. Najczęściej znajomy jest też barman i właściciel. Lubimy swojskość, plotki, pogaduszki — zapewnia Kasia Kalwat, która krakowskie kluby zna jak własną kieszeń.

Dlatego we Flower Power (ul. Nowa, Kazimierz) zamiast parkietu zainstalowano egipskie fajki wodne.

— Papierosa pali się szybko, samemu, byle gdzie. Fajka służy integracji, na palenie trzeba zarezerwować sporo czasu, zebrać odpowiednie towarzystwo. W palarni jest przytłumione światło, wyciszona muzyka, siedzi się na podłodze — opowiada Katarzyna Pilitowska, właścicielka tej „klubopalarni”.

— W swojej ulubionej knajpce czuję się jak w domu. Wiem, kogo spotkam, mój pies lubi leżeć pod barem — mówi Mateusz Zmyślony, prezes krakowskiej firmy Eskadra.

Lubi ją tak bardzo, że nie chce wymieniać jej nazwy.

— Trudno wyodrębnić lokale, do których chodzą bogaci lanserzy... Bywanie w lokalu, w którym kawa kosztuje 20 zł, to coś w złym guście. Do Krakowa ludzie nie przyjeżdżają za pieniądzem, więc nie on decyduje, kto się z kim zadaje — uważa Kasia Kalwat.

Politykę zaporowych cen stosuje się w Krakowie rzadko. W Stalowych Magnoliach, gdzie poza barmanami pracują same „stalowe magnolie”, piwo kosztuje 10 złotych.

— To eliminuje studentów, a stałym klientom nie przeszkadza — mówi manager lokalu Małgorzata Burzyńska.

Goście i tak częściej sączą drinki… W czasie zamkniętych imprez puszczają im wodze fantazji i przebierają się zgodnie z tematem imprezy — za hawajską tancerkę, diabła, anioła. Kto przebrnie przez sito cen, może zatrzymać się na kolejnej przeszkodzie: karcie klubowej. To ona jest przepustką do zamkniętej sali zastawionej gigantycznymi łożami, w których kilka osób może „spoczywać”, podczas kiedy kelner donosi kolejne drinki. Jest jednak coś, co może ją zastąpić — wizytówka dobrego hotelu. To coraz częstsza strategia stosowana przez właścicieli lokali.

— Współpraca z hotelem pozwala przyciągnąć odpowiednich klientów — mówi Małgorzata Burzyńska.

Hotel Maltański ma na przykład w ofercie weekend z wizytą w surrealistycznym klubie Showtime na Rynku Głównym. Za 1050 zł goście otrzymują dwa noclegi — i 100 złotych na wydatki w klubie. Ale turyści nie mają tyle czasu, co krakowianie.

Sobota: Bolesne popołudnie. Pęka głowa. Kac. Kuchnia, lodówka, łazienka… Już 17:00? Trzeba zabrać porzucony samochód. Ciężko. W drodze powrotnej supermarket. Zakupy. Wreszcie domowy garaż… I już się trzeba szykować. Zbliża się punkt kulminacyjny: bourbon party pod hasłem „k…y i alfonsy wykonują pląsy”. Garnitur Kenzo w paski, lakierki Salamandra... Telefon, taksówka — prosto do klubu. Przy wejściu czekają znajomi.

— Weź pigułkę — puszcza oko kumpel.

Sowicie. Komiksowo. Frywolnie. Tli się cygaro, ciurkiem cieknie whiskey. Negliż budzi zmysły…

— Nagle wybuchła strzelanina. Barman rozdał lśniące repliki pistoletów na plastikowe kulki. Kelner zaczął wywracać stoły. Wojna o kobiety! Total! No i… obudziłem się w damskiej toalecie — udaje zażenowanego Jacek.

Ukryci i snobistyczni

„Jak przygoda, to tylko w Warszawie”. Aktualne? Zależy. Warszafka się zmienia jak w kalejdoskopie. Dziś w programie modne — narkotyki, głęboko zakamuflowane lokale, absolutnie wykręcone imprezy. Nic na pokaz. Tylko underground: bez nazw. Wejście — hasło. Nie znasz? To na razie. Ale o tym się nie mówi, tam się bywa. Przemija faza na niezależne przybytki (Piekarnia, CDQ, Klubokawiarnia). Wyuzdana komercja też przestaje być trendy…

Jeszcze dwa lata temu Marcin, pracownik jednej z sieciowych agencji reklamowych, większość wieczorów spędzał w Utopii. Miejsce, nad którym do niedawna rozpływał się znany projektant Maciej Zień, twierdząc, że jest jego „drugim domem”, nie przypomina już klubu, w którym bywały gwiazdy polskiego kina, muzyki, telewizji, reklamy i cały wielobranżowy high management. Publiczna prywatność — wydaje się, że taka była filozofia jednego z najbardziej znanych miejsc w Warszawie. Miejsca, o którym było głośno, choć nie każdy mógł je odwiedzić. Pocztą pantoflową rozchodziły się informacje: co działo się weekendami w Utopii — kto, z kim, jak ubrany i do której się bawił.

— Tak było kiedyś. Dziś znam osoby, które po prostu oddały „utopijne” karty klubowe — mówi Marcin.

Teraz — prócz absolutnego undergroundu — liczy się eksluzyw.

Łukasz i Adam, dwaj producenci telewizyjni, to jedni ze stałych gości klubu Cinnamon w biurowcu Metropolitan przy placu Piłsudskiego. Mają tam nie tylko otwarte rachunki, ale przede wszystkim wielu znajomych i przyjaciół, nie tylko wśród obsługi. Towarzysząca im Magda podkreśla: „Tu bywają specyficzni ludzie. Niektórzy przychodzą ze znajomymi z pracy porozmawiać o projekcie, inni poderwać nową dziewczynę. Ja mam pewność, że zawsze spotkam tu kogoś znajomego”.

— Cinnamon — targowisko próżności i lansu — mawiają zazwyczaj ci, którzy zdążyli przywitać się tylko z selekcjonerem.

Dobór gości należy do najsurowszych w Warszawie. Część z nich wygląda jak wycięci z żurnala, przez co Cinnamon okrzyknięto nieoficjalną stolicą snobizmu. Ale...

— Nie oszukujmy się, bardzo ważne kogo znasz i w czyim towarzystwie przychodzisz. Nie tworzymy jednak zamkniętego, hermetycznego środowiska, dla którego stworzono miejsca takie jak Cinnamon, Melodia czy Foksal 19. Każdy kogoś przyprowadza i łatwo zauważyć, że bardzo szybko następuje dyfuzja na zasadzie: „Przyjaciele naszych gości są naszymi gośćmi” — mówi jeden z bywalców.

W Melodii na Nowym Świecie door selection jest tylko od czwartku do soboty, a właściciele wychodzą z założenia, że to goście dobierają miejsce, kierując się atmosferą i muzyką. Dlatego część rezygnuje już po pierwszym przyjściu, zwłaszcza jeśli trafi na piano bar...

— Nasi klienci to przede wszystkim ludzie powyżej 30 lat, którzy mają ustabilizowaną sytuację rodzinną i finansową. W cenie, którą oferuje Warszawa, poszukują „czegoś więcej” — mówi Edyta Górka, manager klubu Melodia. I dodaje:

— Przychodzi wiele znanych osób... Mamy na przykład prezesa telewizji — najwierniejszy gość!

Nowe, zabiegane pokolenie biznesowe nie jest zainteresowane imprezami tanecznymi. Wolą koncerty. Nocna impreza z Ive Mendes w Fabryce Trzciny kosztowała 499 zł — bilety rozeszły się na pniu. Co potem? Ot, choćby Luzztro przy Al. Jerozolimskich. Obok striptizerki można spotkać dyrektora marketingu jednej z dużych korporacji czy znanego projektanta mody. Czym to „alternatywne” miejsce różni się od innych? Można powiedzieć — wszystkim, gdyby nie podobna grupa gości, którzy przychodzą tu głównie nad ranem. Wystrojowi klubu daleko do stylowego ideału, ale atmosfera zabawy jest gorąca — bez garnituru, stanowiska i... odpowiedzialności. Goście bawią się w różnie — zabijają stres.

Ile klubów w stolicy, tyle form rozrywki — ich klienci, upojeni kolorowymi drinkami, uwodzą noc, zmieniając miejsce lub obiekt flirtu… „One night stand”, czyli znalezienie partnera na jedną noc, ma gorących zwolenników, podobnie jak narkotyki, których sprzedaży restauratorzy — oczywiście — nie tolerują w swoich progach…

Niedziela: pobudka w obcym łóżku. Było coś? Chwilowe poczucie winy… Seks, papieros, kawa. Ubranie? Szybki look do wnętrza marynarki. Kompletna dezorientacja. Uff… Jest portfel. Mdłości. Toaleta… Niefajnie. Telefon, taksówka, beznadziejnie głupie pożegnanie w drzwiach. Dom. Wanna. Głęboki sen przerwany dojmującym poczuciem głodu. Znowu knajpa — jedzenie. Ciepły posiłek, znajome twarze wspominają zeszłą noc… Niepamięć. W końcu wieczór. Wolniej, spokojniej… Jacek robi się blady na samą myśl: „Jest się tak zmarnowanym, że szkoda gadać. Człowiek w środku cały się telepie”.

Morze i dobrze

Letnią rezydencją polskich klubowiczów jest Trójmiasto. W Gdyni poziom trzyma Mandragora. Gdańsk to przede wszystkim GOGG i — dla głodnych sztuki — Łaźnia. Prym jednak wiedzie Sopot — „polskie Miami”. Tu rządzi Sfinks przy Powstańców Warszawy. Mówi się: „Jeden z najlepszych klubów w Polsce”. Sfinks to skrót od Sopockiego Forum Integracji Nauki, Kultury i Sztuki. Marka zasłużona i wypróbowana przez lata. Klub-galeria, położony kilkadziesiąt metrów od brzegu morza, niemalże na plaży. Trzy sale z wciąż zmieniającym się klimatem plus fontanna i ogródek. Sprawdzony barman oraz smaczna kuchnia polska i arabska, z marokańskimi akcentami. Maratony imprezowe kończą się nierzadko przed południem dnia następnego, po czym lud wylega na plażę. Sfinks to miejsce wielopokoleniowe. Młodych wabi tu gwarancja dobrej zabawy, muzyka i słodka woń marihuany. A starszych? Głównie wolne duchy Trójmiasta — powiew artystycznej fantazji i przez lata obecna tu sztuka. Od wernisaży, przez przyjęcia tematyczne i performansy, po debaty artystyczne.

— Ze Sfinksem przyjaźnię się od lat, a to głównie z powodu kolorowych właścicieli i ich niesłabnącej pomysłowości. Panuje tam niesamowita atmosfera, przychodzili i przychodzą ciekawi ludzie, choć pokolenie się zmienia — aktorka Krystyna Łubieńska nie kryje zachwytu.

Wśród sopockich przybytków imprezowych wyróżnia się też Soho — punkt zborny society warszawskiej (Zień, Mohr, Markowska, Dowbor…). No i Enzym — trójmiejski odpowiednik stołecznej Utopii. I jeszcze nieopodal sopockiego Grand Hotelu zaprasza Klub Atelier — nieco inny wymiar rozrywki. Wciąż przechadza się tu duch Agnieszki Osieckiej. Spogląda z wielkiego portretu, a ogromną betonową ścianę znaczy jej własnoręczny podpis. Kiedyś była tu wypożyczalnia koszy plażowych.

— Przez ogromne okna zimą można w zaciszu oglądać spienione morze i jedynie wyobrażać sobie, jak nieprzyjaźnie musi być na zewnątrz. A latem siada się na tarasie skąpanym w słońcu. Uwielbiam to miejsce — zachwyca się Zuzanna Marcińczyk, dziennikarka.

Klimat iście śródziemnomorski. Muzyka na życzenie. Wystarczy porozmawiać z barmanami. Co najważniejsze — stąd witać teatralną scenę. Grają tu okrągły rok. Potem już tylko kąpiel — i do domu. A wieczorkiem można zahaczyć o gdański Absinth Cafe w budynku Teatru Wybrzeże przy Targu Węglowym. Podają oczywiście absynt, ale i polskie gołąbki z ryżem, włoskie spaghetti z surowymi pomidorami i indyjski czai z mlekiem. Choć Absinth Cafe to wciąż „młoda krew”, już ma swoich amatorów. Dziesięć stolików, bar, dość ascetyczny wystrój i zacny widok na kawał historii, rozpościerający się przez wielkie okno na Katownię — wielowiekowe miejsce tortur, więzienia i straceń. Bywalcy chwalą to miejsce za dobre jedzenie oraz piękne, dowcipne i inteligentne barmanki. Sam Absinth reklamuje się jako oaza „atmosfery europejskiej bohemy”.

— Ten lokal przypomina mi klimatem sopocki Spatif sprzed lat. Można tańczyć na stole i barze, ludzie bawią się do rana — zachwala Maciej Nowak, dyrektor Teatru Wybrzeże i smakosz.

Poniedziałek: dopiero po lunchu robi się lepiej. Wtedy zaczyna się oczekiwanie…

— Na kolejny weekend — uśmiecha się Jacek.